Życie początkującego studenta to nie rurki z kremem. (Mam na myśli studenta, który rzuca się na głęboką wodę, pakuje walizki i zaczyna dorosłość w wielkim mieście 250 kilometrów od domu.) Jest tyle rzeczy, których trzeba się nauczyć. Jak obsługiwać pralkę? Praniem zawsze zajmowała się mama. Jak obsługiwać piecyk na gaz? „Co ty mówisz tato! Naprawdę istnieje jeszcze piekarnik na gaz? No tak jest tam taka rurka. Eeee, wiesz ja chyba pójdę na te frytki do KFC. Co? Są frytki do smażenia na patelni? Serio? No to pa.”
Wiele takich rozmów przeprowadziłam przez ostatnie dwa miesiące. O ile opanowanie wymiany tuszu w drukarce, prania czy gotowania nie jest trudnością, o tyle ze sprzątaniem zawsze są największe problemy. Wszyscy wiedzą, że niektóre rzeczy robią się po prostu same i wszyscy wiedzą, że wśród tych rzeczy na pierwszym miejscu znajduje się bałagan. Wśród moich znajomych powszechnie wiadomo, że jestem bałaganiarą. W moim pokoju piętrzyły się książki, ubrania i stosy papierów a wszystko przykryte warstwą kurzu. Jak utrzymać porządek w studenckim mieszkaniu, gdzie oprócz własnego pokoju mamy do sprzątnięcia, od czasu do czasu, łazienkę i kuchnię?
Razem z Podlotką i Kujonką stwierdziłyśmy, że „jakoś” to będzie i nie ustalałyśmy żadnych szczegółów. Po tygodniu Podlotka posprzątała kuchnię i łazienkę a na lodówce przywiesiła grafik sprzątania „naszej chatynki”. Grzecznie wpisałam się po niej, a za mną była Kujonka.
Kiedy przyszła moja kolej wypucowałam kuchnię, nawet podłogę na kolanach umyłam, bo na mopa chwilowo nas nie było stać, ale o łazience jakoś zapomniałam;) Od tego czasu nikomu się już grafiku przestrzegać nie chciało i żyłyśmy w tzw. wszechsyfie. Naturalne było tylko, że każda zmywa po sobie. Tylko jakimś dziwnym trafem zlew zawsze pełen był „niczyich” sztućców aż w końcu Kujonka wpadła w szał nauki i jakoś tak zapomniała o zmywaniu. Raz dziennie przynosiła z pokoju do kuchni mnóstwo brudnych naczyń.
Kiedy z Podlotką musiałyśmy jadać na półmiskach i wstawać rano trochę wcześniej, żeby umyć miskę do płatków, kubek do kawy i łyżeczkę a w powietrzu unosił się niezidentyfikowany zapach, przepraszam smród, postanowiłyśmy zmyć naczynia Kujonki i zasugerować jej tym samym, że należy po sobie zmywać.
Kujonka, nie mówiąc nawet „dziękuję”, przez kolejny tydzień dostarczała do zlewu swoje codzienne porcje naczyń a w piątek jakby nigdy nic zapakowała się i pojechała do domu zostawiając Podlotkę ze stosem naczyń w zlewie. Ja też pojechałam do domu, mając wyrzuty sumienia, że zostawiłam brudny kubek po kawie.
Kiedy byłam w pociągu odebrałam telefon od Podlotki i w końcu zdecydowałyśmy się pogadać z Kujonką najlepiej od razu, póki jesteśmy zdenerwowane, dla lepszego efektu. (Tu należą się podziękowania temu, który wymyślił telefony komórkowe.) Kujonka, próbowała się tłumaczyć, ale ostatecznie stwierdziła, że jej głupio i przeprosiła nas za każde naczynie osobno.
Gdy wróciłam z weekendu (a trzeba wiedzieć, że mój weekend jest dłuższy niż weekend Kujonki- bom zaradna) pomyślałam, że pomyliłam mieszkania. Łazienka błyszczy. Kuchnia też. Mamy nawet nowy, kolorowy dywanik. Z kuchni zniknęły słoiki, które stały tam dwa miesiące. Kujonka wyrzuciła śmieci, umyła podłogę, chyba też na kolanach, bo na mopa nadal nas nie stać a w zlewie nie było nawet małej łyżeczki. I póki co, stan ten utrzymuje się przez kilka tygodni.
Morał z tego taki, że należy wszystko mówić wprost. Nie liczmy na to, że ktoś się czegoś domyśli. My tłumaczyłyśmy się z Podlotką tym, że nie chcemy wprowadzać nieprzyjemnej atmosfery, dlatego nie zwracałyśmy Kujonce uwagi, ale tłumienie w sobie złości powodowało, że w chatynce było bardziej nerwowo niż jest teraz.