Ja i gotowanie - (w tym miejscu uprasza się o wstawienie metafory, w której znajdować się będą pociski, okopy, granaty, może trochę krwi, no i oczywiście - tłuszcz!).
Moja rodzina ma w głowie pewne porównania, których zdradzić mi nie chcą, ja jednak wiem doskonale o ich istnieniu - objawiają się w ich docinkach! Jako, że mama udała się prostować kręgosłup w odległe góry, a ja akurat mam przerwę na uczelni (konferencja klimatyczna!), postanowiłam zabawić się w gospodynię domową...
Odgrzewanie:
Babcia zrobiła nam obiad na tydzień. Moje zadanie - odgrzać je i zrobić ryż. Mam asystę - mój chłopak i brat, a później jeszcze siostra.
Patrzą sobie i szydzą.
Powtarzam sobie - jesteś lepsza, mądrzejsza, zrobisz to!
Wyciągam garnek z lodówki (bransoletka lekko w niego postukuje),
Wyciągam ryż z szafki (ryż dziwnie szeleści),
Garnek, woda, trzy woreczki (moja loża szyderców „No, ale garnek wzięłaś! Mniejszego już nie było”?).
Ja - dobra, ryż będzie za 5.
Mój chłopak - ale jak to za pięć?! Na pięć minut go wsadzasz?!
Ja („jestem oazą spokoju...”) - za 5 w pół do.
Loża Szyderców (chórem) - Ahaaaa...
Sos - proszek się trochę rozsypał, to nic. Garnek, woda, łyżka. Mieszamy. „NIE MIESZAJ TEGO TĄ ŁYŻKĄ!”. No dobra, niech mu będzie - biorę to drewniane „coś” z taką niby gwiazdką na końcu, babcia tym ciasto na naleśniki zazwyczaj miesza.
Garnek (kurczak i pieczarki), ogień.
Loża się odzywa - „przykręć! Podkręć! Ty pierdoło!”
JA W TAKICH WARUNKACH PRACOWAĆ NIE BĘDĘ!
Mój chłopak przejął narzędzia, stwierdził, że sam podgrzeje. Ja mam nakładać.
Sito, łyżka, wyciągamy woreczki z ryżem. „Ale odcedź to!”
Zastanawiam się - dlaczego. Mokry ryż jest smaczniejszy, bardziej miękki i lepiej miesza się z sosem. Niech mu będzie, odcedzamy razem, ja z nożem, on z łyżką.
Wrzuciliśmy ryż, kurczaka, pieczarki, sos.
Ha! Jakoś to wygląda... Powiedzmy, że wyszłam obronną ręką.
Dzisiaj, sama w domu, z dumą postanowiłam sobie odgrzać obiad. Wyjęłam z lodówki garnek, postawiłam na kuchence, tłuszczyk zaszumiał a ja wróciłam do pokoju. Po kilku łykach gorzkiej herbaty spokojnym krokiem wróciłam do kuchni, zamieszałam w garnku i podreptałam do herbatki
Kiedy zajrzałam do kuchni po raz kolejny, w garnku szumiało. Podniosłam pokrywkę i myśląc sobie „zamieszam”, oderwałam od dna pieczarki. Pokarało. Kolejne ruchy łyżką w garnku wykonywałam już, stojąc za futryną.
Dobrze, że nikt mnie nie widział. A i przypalone pieczarki wcale nie są takie złe!