Pierwszą miesiączkę dostałam mając lat 11 i 4 miesiące. Z koleżankami z podstawówki byłyśmy na obozie w leśnej głuszy. Pamiętam, że byłam zawstydzona, trochę przestraszona. I dumna – jako pierwsza dziewczyna z klasy stałam się KOBIETĄ!
Po 2 telefonach do mamy został we mnie tylko wstyd – w ciągu dwóch dni cała rodzina już wiedziała o tym epokowym zdarzeniu.
Jakieś dwa lata wcześniej, w naszych kręgach dziewczyńskich pojawiła się moda na staniki. Początkowo był to kawałek materiału z gumką pod pryszczami (znanymi dalej biustem), potem miękkie staniczki w rozmiarze mini mini. W okolicach klasy szóstej swój, już znacznie donośniejszy biust, podtrzymywałam push up’em, który zakupiła moja mama. Przypadł mi w udziale, gdyż rodzicielka stwierdziła, że to nie dla niej.
W latach gimnazjalnych piersi były chyba jedyną częścią ciała, która nie ulegała większym zmianom. Owszem, miałam w biuście 100 cm, ale przy rozmiarze 40 nie robiło większej to różnicy. W trakcie odchudzania, już w liceum, wciąż nosiłam rozmiar 75B. Kiedy zaczęłam kupować ubrania w rozmiarze 36, nie pomyślałam o zrewidowaniu wielkości stanika.
Dziś, kiedy mam już prawie 20 lat... ODKRYŁAM, że moje staniki 75B to przeżytek. Rozmawiając z przyjaciółką, porównując wymiary (jej córeczka za chwilę kończy roczek) i dla zabawy szukając tabelek dotyczących rozmiarówki staników, ujrzałam swój wyrok – 75C.
Przyznam szczerze, myślałam wcześniej o tym... ale:
- moja wszechwiedząca połówka twierdził, że „75B to dobry rozmiar a nawet, jeśli jest trochę za mały, to i tak lepiej – mniejszy stanik lepiej ściska piersi” – tłumaczenie – wyglądają seksowniej, prawda?
- chyba lubiłam „swój” rozmiar; tak ładnie wyglądał – nie za duży, nie za mały.
Podobno całkiem spory procent kobiet nosi źle dobrany stanik. Moje wyobrażenie o sobie, jako NiePopełniającejTakichBłędów legło w gruzach i musiałam się przyznać, że jestem jedną z nich. Mój uciśniony biust mówił mi to wcześniej, jednak chyba zbyt dumna byłam, by go słuchać. Ot, co!
A propos „mądrości” mego mężczyzny... czas się wyspowiadać z lenistwa. W końcu to nie ja, a on wiedział lepiej, kiedy powinnam dostać okres, kiedy owulację i dlaczego nie ma szans na seks w weekend. Podejrzewam, że było by tak dalej, gdyby nie nagły błąd w obliczeniach Okres spóźniał się już 5 dzień, Mój Mężczyzna stracił głowę, bo z obserwacji mojego zachowania, rodzinnych anegdot o tym, jak to moja mama była w ciąży oraz lektury babsko-medycznych portali wynikało, że za niecałe 9 miesięcy zostanie ojcem. Za dowód nr 1 uznał moją radość oraz dietę złożoną z owoców i warzyw. Twierdzi, że w kółko słyszał w głowie moją babcię, która powtarzała – „po mamie Basi już od pierwszego dnia było widać, że jest w ciąży – była radosna, promieniała wręcz szczęściem”.
Niestety – nadszedł Dzień Kupienia Testu. Odebrałam go z uczelni, poszliśmy na obiad, dojechaliśmy na nasze osiedle. Poszliśmy do apteki, znajdującej się od domu jakieś 50 metrów... z testem w kieszeni weszliśmy do klatki. Czekając na windę, rozmawialiśmy o naszych możliwościach i nagle, w połowie zdania, poczułam... no... wiecie, co poczułam.
-Kochanie... chyba dostałam okres.
-Co?! – uśmiech prawie rozdarł mu usta – ale na pewno? Skąd wiesz? Jesteś pewna? Jeśli pojedziemy sami windą, sprawdzasz w windzie!
Na szczęście doczekał te 16 pięter i pozwolił mi sprawdzić w łazience. Z łazienki wyszłam ze spuszczonymi spodniami – byle szybciej potwierdzić informacje. Kiedy odwróciłam się do niego tyłem, roześmiał się histerycznie – na moim siedzeniu, na majtkach widniał napis „GAME OVER”...
Morał? Można sobie wmawiać, że kalendarzyki są dla mięczaków. Nawet jeśli – warto być mięczakiem.
Morał nr 2 – nie ufać facetom – podstawowe prawdy i tak przekształcą na swój własny sposób.
Zadanie dla mnie? Czas nauczyć się bycia kobietą wewnętrznie...