Mam na biurku rzeźbionego w drewnie słonia - oryginalnie był w kolorze soczystej trawy ale kolega, który mi go ofiarował dodał od siebie białe łaty i teraz słoń wygląda jak trawnik chory na ospę. Ale i tak wciąż go lubię - i kolegę i słonia. Figurka została przywieziona z Indii. Słoń w podróży stracił kły ale trąbę ma wciąż wywiniętą do góry. Taka trąba ma podobno przynosić szczęście...

Wyczytałam gdzieś, że do pełni szczęścia potrzebne są 3 słonie - jednego należy kupić, drugiego dostać a trzeciego znaleźć. Chyba bywam w nieodpowiednich miejscach bo jeszcze nie natknęłam się na żadnego bezpańskiego słonia (tą zasadę musiał wymyślić jakiś Hindus albo mieszkaniec Afryki, u nich słoni pod dostatkiem... choć obecnie może i tam o słonia trudno...).
Nie miało być jednak o słoniu samym w sobie tylko o jego szczęściodajnej mocy, która ostatnio szwankuje (może dlatego, że jest zielony w tych sprawach...)
Niestety po kilku tygodniach noworocznego uniesienia powraca i ogarnia mnie przygnębienie. Tyle radosnych pełnych zapału postanowień i wiara że to właśnie ten rok w którym uda się je spełnić. Mija kolejny tydzień i z każdym dniem optymizm słabnie. Co ja zdążę zrobić w jeden rok? Nie wiele udało się w ciągu ostatnich 29 lat to czemu ten rok miałby być inny? Do niedawna wszystko było "przede mną" a teraz mam wrażenie, że wszystkie te ważne, wspaniałe, radosne rzeczy, które miały mi się przytrafić przed trzydziestką przeszły bokiem nie ocierając się nawet o moje życie... przytafiając się komuś innemu.
Pamiętacie jak na początku blogu wspomniałam o pierniczkach? I w tym samym wpisie pisałam o samotności? Trochę, to żałosne ale uświadomiłam sobie przed chwilą, że gotuję, piekę i smażę dla kogoś kto nie istnieje... Siedzę w kuchni mieszając starannie składniki, zawsze dodając coś od siebie żeby było jeszcze lepsze niż w przepisie, układam ładnie na talerzu i niosę do pokoju. Tak bardzo w środku pragnąc żeby tam siedział, uśmiechnął się od ucha do ucha, przytulił mnie mocno i powiedział "ale mnie rozpieszczasz moja kuchareczko". Ale nikt na te moje ciastka nie czeka, zanoszę je więc do pracy, rozdaje przyjaciołom i słucham jak mówią "ale świetnie gotujesz, będziesz wspaniałą żoną". Uśmiecham się z ufnością, że skoro to powtarzają to wierzą w to tak samo jak ja - a możne po prostu chcą być mili. Od kucharki do żony daleko.
Upiekłam dziś ciastka owsiane, czekoladowe. Wrzucałam do miski z głowy bez przepisu wszystko co może smakować w ciastkach, orzechy, rodzynki, czekoladę, dolewałam mleko - żeby tylko wyszły dobre, najlepsze. Czym smaczniejsze tym smutniej, że nie ma się nimi z kim podzielić. Napisałam więc mojej najbliższej przyjaciółce "Upiekłam pyszne ciastka" - "Ty kuchareczko" odpisała...
Ona też piecze ciastka... swojemu mężowi.
Mój słoń jest w kolorze nadziei, ale nie zna się na szczęściu...
więcej na: http://odmiennosc-mysli.bloog.pl/
WIOSENNY KONKURS W-SPODNICY.PL