- Właśnie przed chwilą o mało nie umarłam na zawał! - Dorota wpadła z impetem do domu i bez żadnych ceregieli skierowała się od razu do kuchni.
- Witaj, miło cię widzieć..... - wykrztusiłam zdezorientowana.
- Może wody dla ochłody? - zapytał Małżonek Osobisty ze stoickim spokojem nie podnosząc wzroku znad talerza zupy pomidorowej.
- Wy się nabijacie, a ja naprawdę o mało nie zeszłam na ulicy jakieś pięć minut temu!
- Myyy?! - zapytał dwugłos
- Wyyy!
- W życiu! Szklanka zimnej wody na pewno dobrze ci zrobi. - odzyskałam sprawność myślenia i nalałam Dorocie sok pomarańczowy do czerwonego kubka, ponieważ woda mineralna się skończyła, a szklanki zmywały się w zmywarce - Mów cóż się takiego strasznego stało?
Dorota duszkiem wypiła sok i wlała sobie bez pytania tyle samo.
- Noż co za debil, ten kierowca! Przecież naprawdę można komuś zaszkodzić takimi żartami!
- Brzmi intrygująco. Możesz jaśniej? - włączył się Osobisty, który nagle podzielił swoją uwagę na jedzenie i słuchanie.
- No bo wyobraźcie sobie, że idę sobie na skróty na pocztę, tą wąską uliczką równoległą do Kruczkowskiego, rozmyślam nad życiem w kontekście ogólnofilozoficznym i nagle za mną rozlega się głośny ryk syreny. Z przerażenia podskoczyłam do nieba. Jak odzyskałam przytomność umysłu, to się odwróciłam i za plecami miałam karetkę pogotowia.
- Nie rozumiem... - rzekłam po chwili namysłu.
- Ja też nie bardzo - potwierdził moje słowa Małżonek
- O rany! Szłam po ulicy, nie chodnikiem. Syrenę kretyni włączyli zamiast klaksonu!!! - Dorota wrzasnęła artykułując ZAMIAST KLAKSONU.
- To po co lazłaś ulicą? - bezlitośnie oceniłam Dorotę.
- Wiecie co? Jesteście bez serca! Ciekawe jakbyście Wy zareagowali?
- Wyluzuj, Doris. Life is brutal. Mogę cię pocieszyć, jak chcesz. - Małżonek odstawił talerz do zlewu i usiadł na przeciwko
- Spadaj.
- No czekaj, daj się wesprzeć w kryzysie. Pojechaliśmy kiedyś z kumplami na wakacje na Mazury. Nie mieliśmy kasy, więc jechaliśmy stopem. Na miejce dotarliśmy bardzo późno. Szybko rozbiliśmy namioty i położyliśmy się spać.
Nagle rozległ się straszny ryk, huk i nastało światło. Wybiegliśmy z namiotu mając kilo kitu w majtach.
"Co to, k.., Ufo?!" - pamiętam jak dzisiaj dziki wrzask Zbycha
Nie, to nie było Ufo. Po ciemku rozbiliśmy się kilka metrów od toru kolejowego.......