To mój pierwszy blog i pierwszy w nim wpis. Wpis wiosenny i świeży jednak z nieukrywanym żalem i zadumą nad losami tego świata. Może kolejne będą bardziej optymistyczne.
Wróciłam z długiego weekendu, który niestety w tym roku był wyjątkowo krótki! Co to za majówka? Trzy dni? To chyba kpina!
Jednak mniejsza o to, nie będziemy się spierać o te trzy dni, przecież kolejny długi weekend już niebawem! Grunt, że pogoda dopisała i wolne dni spędziłam wypoczywając poza miastem.
Tak piękna jak w tym roku wiosna, niemalże letnia sprzyja wyjazdom za miasto, wycieczkom rowerowym i co za tym idzie … jedzeniu na trawie! Właśnie dlatego uwielbiam majówki i pikniki, które… chyba właśnie po to są, żeby rozsiąść się na trawie i rozkoszować się przyrządzonym wcześniej jedzeniem.
Jednak mam wrażenie, że niektórzy miejsce spożywania posiłków, niezależnie czy to jest szlak górski czy trawa w parku traktują jak swoją własną kuchnię. Niestety, obraz który zastałam wchodząc na Igliczną (Sudety) wzbudził we mnie bunt! Papierki po wafelkach na szlaku, butelki wciśnięte w pień drzewa, czy torebki foliowe fantazyjnie zawieszone na krzewach, to standard. Jednak, czy jest to tylko wybryk jednej wycieczki szkolnej czy też smutny obraz naszych czasów?
Obstawiam to drugie. Z ogromnym żalem, ale… jednak druga opcja jest bardziej prawdopodobna.
Dlaczego większość z nas ma tak ogromny problem ze sprzątnięciem resztek i pustych opakowań po posiłku? Tak, by następni wczasowicze zastali czystą polanę zachęcającą do odpoczynku i zjedzenia zawartości z piknikowego koszyka.
Pytanie retoryczne i raczej bez szansy na jedną konkretną odpowiedź, a szkoda…