Najpierw budzi mnie przeraźliwy dźwięk dzwonka. W półśnie dziwię się samej sobie: jak to - dzwoni? Przecież przed chwilą zasnęłam... Faktycznie, ostatnim razem, gdy spojrzałam na budzik, ten wskazywał grubo po północy. Ale co ja takiego robiłam? Nauka do kolokwium? Zaległości z pracy? Na pewno nie impreza. Zaraz, zaraz, wiem. Najpierw parę godzin przed telewizorem, później drugie tyle w internecie. Czas przeleciał mi przez palce. Budzik dzwoni po raz piąty. Z trudem otwieram oczy. Próbuję ogarnąć otaczającą mnie rzeczywistość, ale bez filiżanki mocnej kawy nie mam szans na trzeźwą ocenę sytuacji. Niestety, nie mam też siły, by wstać z łóżka i iść w kierunku kuchni. Leżę więc dalej i czekam aż budzik zadzwoni po raz kolejny. Do sześciu razy sztuka. Dwadzieścia minut później uświadamiam sobie z przerażeniem, że zaspałam. Zrywam się, jakoś dziwnie pobudzona (choć nadal bez kawy) i pędzę w kierunku kuchni, po drodze zakładając skarpetki. Na śniadanie nie mam już czasu, kawa musi wystarczyć. Jakoś dochodzę do siebie, ale to co widzę w lustrze, napawa mnie przerażeniem. To coś w ogóle nie jest do mnie podobne. Jest gorzej niż źle. Podejrzewam, że w takim wypadku nawet Jacykow by nie pomógł. Dziesięć minut później stoję w zatłoczonym autobusie, zastanawiając się o ile już jestem spóźniona (bo to że jestem spóźniona jest już pewne). Zamiast olśniewającego makijażu mam na sobie tylko tusz i błyszczyk (pomalowałam się w windzie). Nie jest to jednak efekt zadowalający, zważywszy na to, że do naturalnej piękności jest mi dalej niż daleko. Jakiś facet dziwnie się na mnie gapi; babcia wbija mi łokieć w żebro, za każdym razem, gdy autobus hamuje. Ten dzień od początku źle się zaczyna, jestem niewyspana, niewyszykowana, spóźniona. Dziś pójdę wcześniej spać. Obiecuję...