W tym roku po raz pierwszy wybrałam się na Mazury na żagle. Wybrałam to chyba nie jest właściwe słowo. Płynął Mąż, musiałam płynąć i ja bo przecież nie można go pozostawić bez opieki. W perspektywie miałam brak kąpieli przez kilka dni, bo ablucje w jeziorze w maju raczej nie wchodziły w grę. Mój mąż był innego zdania jak się później okazało..
Szpilkom wstęp wzbroniony
Dzień przed wyjazdem. Co zabrać, co spakować? Ten ból odczuwa każda kobieta wyjeżdzająca na upragniony urlop. Żagle są jednak specyficzne. To szkoła przetrwania dla dziewczyn z miasta. Walizeczka zostaje w szafie, bo na pokładzie miejsca mało. Do wygrzebanego ze strychu worka wojskowego taty upchnie się tylko niezbędnik podróżnika. Koszulki, bluzy, dresowe spodnie, dżinsy i buty. Na łodziach często są zabawne znaki. Zakaz noszenia szpilek. Jak gdyby któraś z nas naprawdę spakowała buty Manola. Jednym słowem- kochane czytelniczki: wyjmujemy szpileczki z torby.
Brutalna selekcja
Gdy już po wielu mękach upchniemy to, co nam się zdaje niezbedne do życia w torbie przychodzi pora na „mężowski przegląd”. Wszystkie nasze skarby ląduja na podłodze. Do dziś nie rozumiem jak można sądzić, że lokówka albo lakier do paznokci są czymś zbędnym. Ślubny jednak nieubłaganie wyrzuca suszarkę ( bo niebezpieczna), samoopalacz (bo głupi), książkę (bo to balast) i zadowolony pozwala mi wziąć jedne buty sportowe, jedne klapki ( niezbędne pod prysznic) i jedne czeszki, jedną gazetę i ubrania. A i tak minę ma jakby czynił mi zbytek łaski.
Rybaczki, legginsy i dżinsy
Wyruszam więc w nieznane z torbą na ramieniu, czapką z daszkiem na głowie, okularami przeciwsłonecznymi i kremem z wysokim filtrem. Odziana w obcisłe legginsy z czasów liceum - całkiem jeszcze przyzzoite - tyle, że wtedy uchodziły za pumpy. Niestety czasy się zmieniaja i my też. W torbie: trzy podkoszulki, dwa topy, jedne rybaczki, jedne cienkie długie spodnie i jedne dżinsy, zmiana bielizny (koniecznie figi bawełniane - żadna z was nie chciałaby naciągać lin w koronkowych stringach - sprawdziłam - nie polecam), skarpetek dowolna ilość, ale choć w to trudno uwierzyć: wystarczą cztery pary. Jedno bikini, choć pewnie nie będziecie miały okazji go założyć, ale sama świadomość posiadania przynosi niejako ulgę.
"No make up" make up
Kto myślał o zadawaniu szyku w porcie - od razu odradzam. Na malujące się kobiety w portowym sanitariacie patrzyłyśmy z nienawiścią. Suszarki im zazdrościłyśmy okrutnie, a o prostownicy nie było nawet co marzyć. Do przetrwania wystarczy: szampon (można go też używać jako żelu pod prysznic - za to jaka oszczedność miejsca w torbie). Założmy, że pływamy od 10 do 18, a resztę czasu spędzamy w porcie lub „na dziko” (miejsce na mapie gdzie nie dotarła cywilizacja, a które budzi w naszych meżczyznach pierwotne instynkty zdobywcy i opiekuna, nie ma WC, nie ma prysznica, za to komarów są miliony.)
Sam na sam z przyrodą
Noclegi na dziko są niesamowitym przeżyciem, podobnie jak załatwianie spraw intymnych w szeroko pojętej głuszy. Ja wykazałam się wielką zapobiegawczością zabierając chusteczki nawilżone dla niemowląt. Prysznic był możliwy w najlepszym wypadku co dwa dni. Załatwianie potrzeb fizjologicznych do wiadra też na poczatku jest bardzo krępujace, ale z czasem człowiek się przyzwyczaja i za wiaderko opatrzności dziękuje...ale jeśli ktoś nie ma duszy odkrywcy - papier toaletowy też polecam zabrać.
Pasta, szczotka, kubek, zimna woda
Niezbędna jest też szczoteczka i pasta do zebów. Jesli sądzicie, że pastę będą mieli wasi znajomi, ewentualnie mężczyzna - weźcie swoją - oni zawsze wychodzą z tego samego założenia. Lusterko za to jest zbędne zupełnie. Przerażone będziecie dopiero jak wrócicie do domu, po co się stresować każdego dnia? Ja lusterko zabrałam, ale przezornie nigdy nie użyłam. Na pytanie mojej współtowarzyszki niedoli: jak wyglądam - zawsze odpowiadałam, że dobrze i ona rewanżowała mi sie tym samym i tak pocieszałysmy się cały rejs.
(In) filtracja
Krem z filtrem jest również sprawa priorytetową. W górach słońce opala mocniej. Na jeziorze też. Jeśli macie urlop płatny wystarczy SPF 10, jeśli jesteście na chorobowym polecałabym SPF 50 albo bardzo dobrą wymówkę. Na mój krem o zapachu gumy do żucia sceptycznie patrzyli się panowie, by po dwóch dniach zostać jego najwiernieszymi przyjaciómi i zachwycać sie jego zapachem.
Co jeszcze przyda się na żaglach?
Przeglądałam przed wyjazdem kilka stron o żeglowaniu. Na każdej pisali o ciepłej nieprzemakalnej kurtce, czapce i rękawiczkach. Mieli rację. Kurtkę, którą uznawałam za zupełnie zbędną, doceniłam drugiego dnia tak bardzo, że rano po przebudzeniu nadal się do niej przytulalam. Pierwsze, co pomoże przetrwać ci trudne chwile to ciepła piżama. Bardzo ciepła. Im cieplejsza tym lepsza. I śpiwór. Ja zapomniałam o poduszce. Pamiętajcie: nie zapomnijcie o poduszce. To jedyne wspomnienie luksusu w czasie rejsu.
Perspektywa spedzenia sześciu dni i pieciu nocy z sześcioma innymi osobami na powierzchni odpowiadającej połowie mojej kuchni jakoże jestem raczej typem introwertycznym i samotniczym. O tym, że mój mąż chrapie wiedziałam od dawna, o tym że chrapie większą część załogi dowiedziałam się niedawno. Szczerze polecam stopery do uszu. Dwa złote wydane w aptece, a ile radości...
Jedzenie na pokładzie...
Sromotnie się zawiodłam. Panowie najpierw planowali ciepły posiłek co dnia, a potem okazało się, że oczekują go co dzień. Chleb i coś do chleba zazwyczaj wystarczy. Nikomu nie chce się zmywać, więc gotowanie też odpada. Ciepły posiłek w porcie co dni kilka w zupełności wystarczy. I Nobla temu kto wymyślił Gorące Kubki i zupki chińskie. Za to co do alkoholu mocno nie doszacowaliśmy swoich możliwości. Nie jestem za szerzeniem nietrzeźwosci, więc nie podzielę się swoimi doświadczeniami, dodam tylko, że o ile picie przed 12 w domu było dla mnie nie do pomyślenia o tyle picie piwa przed śniadaniem ja jachcie, w pełnym słońcu w towarzystwie równie wyluzowanych żeglarzy nie jest już wcale niemiłe... Śpiewanie szant też ma swój urok. Na widok kolejnego robala w kajucie mój kolega powiedział filozoficznie: „przyjdzie zima, sam zdechnie” i dalej siedzieliśmy delektując się zapachem bolońskiego z makaronem popijanym piwkiem z niedziałającej lodówki.
Podsumowanie
Przez pierwsze dwa dni rejsu zarzucano mi totalny brak luzu. Ja sama sądziłąm wtedy, że na większy relaks pozwolić sobie już nie potrafię, z dnia na dzień jednak życie weryfikowało moje wyobrażenie o samej sobie... Kąpałam się co dwa dni, moje włosy nie widziały ani odżywki ani suszarki przez tydzień, lakier odszedł mi z paznokci, a połowa mojeo skromnego bagażu- jak przewidział Mąż- pozostała niewykorzystana. Zapomniałam co to krem pod oczy.
Mój cellulit zapomniał o swoim istnieniu. Wróciłam opalona, niedomyta i szczęśliwa jak nigdy, za to bogatsza o wspomnienia skoków nad ogniskiem, picia taniego wina i tańczenia przy dzwiękach rock and rolla na pokładzie i kilkoma życiowymi maksymami. „Jak ja lubię się śmiać... to takie ciekawe doświadczenie”. Moje włosy pojaśniały od słońca, a woda z jeziora służy im lepiej niż jakakolwiek odżywka.
Bezmiar wody, przechyły, żagle łopoczące na wietrze, zachody świadomości i wschody słońca na pokładzie. Wszystkim czytelniczkom polecam i zapoznanie się ze słownikiem żeglarskim i wyzajd do Krainy Wielkich Jezior...
Zobacz takze:
Stroje bikini. Kostiumy kąpielowe na lato 2009
Podróż poślubna - gdzie jechać i za ile? Wycieczki 2009
Artykuł napisany przez naszą Internautkę: Homo Womanus