W Indonezji występuje ryzyko malarii, tabletki przeciwko tej chorobie łykam jeszcze teraz, dwa tygodnie po powrocie. Lekarz zapisał mi te z Paludrinem i Avloclorem, które trzeba zażywać codziennie tydzień przed wyjazdem, w trakcie i przez cztery tygodnie po powrocie. Najlepiej jest więc wybrać się do specjalisty, który podpowie i doradzi co skutecznie uchroni przed zagrożeniami w tropikalnych regionach świata.
Ostatniego dnia maja, tuż po zakończeniu sesji egzaminacyjnej, wsiadłam w samolot na lotnisku w Manchester i poleciałam do stolicy Indonezji, Jakarty, wraz z moją dobrą znajomą, Indonezyjką Founy.

Pierwsze co zobaczyłam na lotnisku Soekarno-Hatta w Jakarcie to: Witamy w Indonezji. Za przemyt narkotyków grozi kara śmierci. Dokładniej przez rozstrzelanie. Strzela siedmiu żołnierzy, trzech ma prawdziwe naboje, czterech strzela ślepakami. Dzięki temu żaden z nich nie wie kto tak naprawdę zabił i żołnierze mają mniejsze poczucie winy. Na szczęście u mnie niczego podejrzanego nie znaleziono. Zapłaciłam na miejscu za wizę turystyczną na pobyt do 30 dni z zakazem pracy. Niestety złapano mnie podczas kontroli paszportowej. Zostałam zaproszona do osobnego pokoju, gdzie okazało się, że osoba z moim imieniem i nazwiskiem jest ścigana przez indonezyjskie Ministerstwo Finansów. Na szczęście szybko okazało się, że to nie mogę być ja, bo nigdy wcześniej w tym kraju nie byłam. Po odnalezieniu bagaży i pokazaniu służbom lotniska kwitka potwierdzającego, że to faktycznie nasz bagaż, opuściłyśmy terminal. W skwarze popołudniowego słońca i lawirując pomiędzy sprzedawcami podrabianych perfum (Gucci i Chanel. no. 5 za równowartość 20 złotych) dotarłyśmy do samochodu jej brata, który miał nas zawieźć do jej domu. Niestety niechcący zatrzasnął kluczyki w stacyjce i nie mógł otworzyć drzwi. Szybko zebrał się tłumek usiłujący nam pomóc: wyłamać zamek, sprzedać butelki wody mineralnej albo zawołać taksówkę. Nie ukrywam, że z pewnym zafascynowaniem obserwowałam tę grupę ludzi, którzy momentalnie zdednoczyli się w geście pomocy. Niestety otwieranie auta przedłużało się, więc postanowiłyśmy wziąść taksówkę. Jak się dowiedziałam najlepsza sieć taksówek to niebieski ptak 'blue bird', zarządzana twardą ręką przez respektowanego emerytowanego żołnierza (stopnia wojskowego nie pamiętam). Choć taksówek stało tam bez liku, żółte, białe, kolorowe, czekałyśmy na niebieskiego ptaka, do którego ustawiła się już spora kolejka. Inne taksówki stały puste, ale nikt nie chciał do nich wsiąść. Na szczęście dla mojego portfela brat otworzył w końcu samochód i jednak to on zawiózł nas do domu.
Dom był położony na obrzeżach Jakarty, w dzielnicy pełnej przydrożnych kramów z jedzeniem, wąskich krętych uliczek, niezliczonej ilości motocykli i dziur w jezdni. Moje pierwsze wrażenia to: piękne, duże, przestronne pokoje, ciepła i serdeczna rodzina, uściski, uśmiechy, wytęsknione twarze (Founy nie widziała swojej rodziny przez prawie dwa lata odkąd wyjechała z domu). Poczułam się jak członek rodziny, który niestety mówi w innym języku. Zjadłyśmy ulubioną potrawę Indonezyjczyków - smażony makaron z jajkiem sadzonym. Można to kupić wszędzie, za grosze. A raczej za indonezyjskie rupie. Nie wymieniałam pieniędzy na lotnisku, bo Founy stwierdziła, że maja tam niekorzystny kurs i że zabierze mnie do sprawdzonego kantoru w Jakarcie. I faktycznie, gdy następnego dnia wymieniłam sto funtów, dostałam prawie dwa miliony rupii i poczułam się jak milionerka.
Ruchliwa ulica w centrum Jakarty
Przez kilka pierwszych dnia dopadł mnie jet lag - nie mogłam spać w nocy, za to przesypiałam całe dnie. Różnica czasu pomiędzy Anglią/Polską, a Indonezją to ok. 6-7 godzin. W dzień spałam, a nocami piekliśmy kukurydzę w ogrodzie, wśród palm kokosowych i świetle gwiazd. Było bardzo gorąco nawet o północy, komary cięły mnie okrutnie, a jej rodzeństwo opowiadało sobie codzienne wrażenia ze szkoły. Mówili szybko i po indonezyjsku, więc choć niewiele rozumiałam, nauczyłam się jednego okrzyku, który ciągle powtarzał jej brat: 'SUMPAH YA!!' co znaczy 'Przysięgam! Tak było!". Często opowiadał coś z przejęciem, ostro gestykulując, a pozostali nie bardzo chcieli mu w to uwierzyć, więc krzyczał oburzony. Wszyscy byli też mną nieco podekscytowani, robiliśmy sobie dużo zdjęć razem. Byłam tam wśród nich taka biała, jasnowłosa i wysoka. Mówiłam po angielsku, a Founy tłumaczyła to na indonezyjski. Cała rodzina wyznaje islam, tak jak 80% Indonezyjczyków, ale nie jest to jego fundamentalna forma, jak w Iranie, czy Arabii Saudyjskiej. Tutaj kobiety chodzą z zakrytymi głowami, ale są niezależne, pracują, studiują, nawet za granicą i wychodzą za mąż za tego, za kogo chcą, nie za osobę, którą wskaże rodzina. Chociaż islam jest religią dominującą, poza meczetami można tam spotkać też kościoły katolickie, prawosławne, protestanckie, świątynie buddyjskie i hindi. Zresztą chociażby fakt, że traktowano mnie jak członka rodziny, chociaż nie jestem muzułmanką i nikomu przez myśl nie przeszło by mnie nawracać na islam świadczy o wielkim takcie i tolerancji moich gospodarzy. Każdy ma prawo wierzyć w co chce i cieszę się, że tam jest to respektowane.
Po trzech dniach, gdy już nieco przyzwyczaiłam się do nowej strefy czasowej, przyleciały do nas pozostałe kumpele ze studiów, z tym, że ze Szwajcarii i z Niemiec. Zaletą studiowania w Anglii jest to, że ma się znajomych z prawie całego świata; wadą, że trudno jest się ze wszystkimi spotkać naraz. Gdy już cała nasza babska drużyna była skompletowana, mogłyśmy wyruszyć na wyprawę w głąb wyspy Jawa.
Kupiłyśmy bilety lotnicze tanich linii Lion Air i z lotniska w Jakarcie poleciałyśmy do oddalonej o ok. 544 km Jogyakarty, w centralnej Jawie. To podobno duchowe serce wyspy, gdzie ludzie żyją najdłużej, język indonezyjski występuje w swojej najczystszej formie i ciągle można spotkać sułtana w jego kratonie (pałacu). Zaraz po wylądowaniu wzięłyśmy taksówkę i pojechałyśmy na poszukiwanie hotelu. Po drodze zahaczyłyśmy o sklep artystyczny Ansor's. Wszystkie przedmioty jakie się tam znajdowały były ręcznie wykonane ze srebra (w Indonezji występują złoża srebra, dlatego jest tu tańsze, niż na przykład w Polsce). Na naszych oczach mężczyzna oczyścił szczoteczką do zębów delikatny pasek srebra i zaczął go wyginać na kształt łabędzia.


Postaci z jawajskiego teatru Wayang

Później kierowca zawiózł nas do miejsca, gdzie kobiety wykonywały batik. Powiedział, że dostaje prowizje za zawożenie turystów w te miejsca i nie będziemy za to płacić ekstra. Batik to jawajska technika barwienia tkanin z zastosowaniem osłony z płynnego wosku. To chyba główna dziedzina sztuki w tym kraju, bo widać go niemal wszędzie.


Gdy znalazłyśmy jakiś tani hotel w centrum Jogyakarty, odświeżyłyśmy się po podróży i już zrobiło się ciemno. Słońce wschodzi tam o 6 rano i zachodzi o 18 po południu, przez cały rok. Wyszłyśmy na główną ulicę i zatonęłyśmy w ulicznym bazarze. Można tam było znaleźć skarpety, torby, wachlarze, klapki, podkoszulki, pamiątki, figurki, pocztówki, kapelusze i mase różnych innych przedmiotów rozłożonych na kramach wzdłuż ulicy. Chociaż ani ceny ani jakość produktów nie były wysokie, to ogólnie należy się targować. Ludzie rzeczywiście wyglądają tam na zrelaksowanych i uśmiechniętych. Chętnie pozują do zdjęć i często nawet o nie proszą, tak jak mężczyzna w rikszy, którego spotkałam właśnie podczas targu w Jogyakarcie.

Po drodze natknęłyśmy się na warung lesehan, namioty z otwartą częscią frontową, gdzie siedząc na matach można spróbować Burung Darah (pikantnego, pieczonego gołębia), oczywiście z ryżem. Je się rękami, formując kulki z ryżu i obryzając mięso, ręce płuczę się w specjalnie do tego przygotowanej miseczce z wodą. Naprawde dobre.


Uliczni artyści są zawsze gotowi umilić turystom czas podczas posiłku, śpiewem, albo muzyką. Oczywiście za drobne wynagrodzenie. Ja nie byłam szczególnie szczodra, dałam każdemu jedną monetę 500 rupiową na głowę.

Następnego dnia wynajęłyśmy samochód z kierowcą na cały dzień (od 9 rano do 21), za 250 000 rupii = 16 funtow, dzielone na cztery osoby to 4 funty, około 20 złotych od osoby. Kierowca nie mówił wiele po angielsku, ale na szczęście świetnie rozumiał po indonezyjsku, więc nie było problemu. Pojechałyśmy do największego zachowanego zabytku buddyjskiego na świecie - świątyni Borobudur. Świątynia ta została zbudowana w 9 wieku naszej ery i wytrzymała w świetnym stanie aż do XX wieku, niestety w wyniku zamachów bombowych, znacznie ucierpiały posągi buddy i inne elementy tej wielkiej budowli. Całość przypomina spiralny labirynt zbudowany z kamiennych ścian pokrytych płaskorzeźbami, gdzie w centralnym, najwyższym punkcie znajdują się posągi Buddy zamknięte w kamiennych klatkach o kształcie dzwonów. Idąc w kierunku odwrotnym do kierunku ruchów zegara można zobaczyć płaskorzeźby pokrywające kamienne ściany na dystansie blisko 6,5 km. Postaci wyrzeźbione w ścianach symbolizują ludzkie namiętności, pragnienia i inne pokusy, które należy opanować w drodze do oświecenia. Świątynia nie jest zadaszona, dlatego najlepiej odwiedzać ją o poranku albo o zmierzchu, kiedy słońce nie daje tak się we znaki.








Cała nasza babska wyprawa
Tego samego dnia odwiedziłyśmy też Tamansari, pałac wodny zbudowany na polecenie sułtana Hamengku Buwono I w XVII wieku. Był letnią rezydencją i miejscem wypoczynku władcy i jego licznej rodziny. Dziś już niestety nieco zaniedbany, lecz za czasów swej świetności był otoczony wodą, która musiała doskonale schładzać gorące mury rezydencji. Podobno z budynku do budynku przeprawiano się łodziami.

Tamansari, pałac wodny, dziś już niestety bez wody

Następnego dnia poleciałyśmy z lotniska w Jogyakarcie na oddaloną o ok. 700 km wyspę Bali. Znowu wybrałyśmy tanie linie lotnicze Lion Air, bilet kosztował 319 000 rupii, czyli około 90zł. Sądzę, że to niewiele. Wyspa Bali to prawdziwy raj dla turystów z Europy, tutaj prawie każdy mówi płynnie po angielsku, widać już McDonaldsy, Pizza Hut i inne zachodnie koncerny. Pierwsza rzecz, która zwróciła moją uwagę, to całujące się namiętnie pary, bardzo często składające się z białej kobiety i niższego od niej, wyglądającego na lokalnego, mężczyzny. Wakacyjne romanse i szczęśliwe, świeżo upieczone pary to tu widok powszedni. Miałam wrażenie, że publiczne pocałunki na Jawie nie cieszą się szczególną aprobatą i jedyne co można zobaczyć to ludzi trzymających się za ręce albo obejmujących czule, ale nie widać obściskujących się pod drzewem lub wręcz pochłaniających się nawzajem zakochanych, tak jak to można zobaczyć na Bali. Przyleciałyśmy do Denpasaru w sobotę wieczór, rzuciłyśmy walizki w zarezerwowanym wcześniej na tę, jedną noc hotelu (Founy o to zadbała) i wyruszyłyśmy na zbadanie tego imprezowego szaleństwa. Sobota wieczór w Denpasar, to miejsce przepełnione półnagimi, roześmianymi dziewczynami o wszelkim pochodzeniu, podchmielonych macho na motorach i głośnej muzyki. Ilość klubów na głównej ulicy tego miasta przekracza 20. Z każdego bije gama barwnych świateł, ryki techno, pop lub rocka i chmara rozgrzanych ciał. I tak przez całą noc. Jeśli ktoś lubi clubbing sobota to najlepszy dzień na wypad do Denpasaru. W prawdzie kilka lat temu w wyniku zamachód terrorystycznych zginęło to wiele niewinnych osób, nie odstraszyło to turystów z całego świata.
Denpasar na wyspie Bali to nie tylko imprezy, to także piękne, piaszczyste plaże, z chyba najsłynniejszą plażą Kuta, szum potężnych fal Oceanu Indyjskiego i raj dla surferów, którzy przylatują tu z Australii i Nowej Zelandii. Siła fal jest ogromna, gdy stałam w wodzie po kolana, nagle przyszła fala przewyższająca mnie o głowę i zwaliła z nóg. Ocean jest nieprzewidywalny i jeśli ktoś nie umie dobrze pływać, lepiej niech nie zapuszcza się zbyt daleko. Przyjemnie jest nurkować pod falami, wtedy można pływać w jednym rytmie i fala nie spycha człowieka z wyznaczonego kierunku. Nie sposób jest przeskakiwać fal, bo są ogromne i najlepiej jest pod nimi przepływać. Uwielbiam pływać, dlatego mogłabym się o tym rozpisywać bez końca, powiem tylko, że woda jest bardzo ciepła, a pogoda wyśmienita. Na plaży chmary tubylców usiłują sprzedać paciorki, bransoletki, naszyjniki, zrobić turystkom masaż, albo zapleść drobne warkoczyki. Trudno się od nich opędzić i chwilami bywają naprawdę uciążliwi, szczególnie gdy już na coś się zdecydujemy. Gdy zapłaciłam jednej z kobiet za zrobienie mi kilku warkoczy, zaraz ogarnął mnie dziki tłum usiłujący wcisnąć mi cokolwiek za wszelką cenę. Jedna pani ze śmiechem zaoferowała mi nawet swojego syna. Czyste szaleństwo.

'Nancy' i jej syn

Kuta beach, najsłynniejsza plaża na wyspie Bali o zachodzie słońca
Ta wyspa jest niesamowita, droższa od Jawy, jedna z nielicznych w Indonezji, które oparły się wpływom islamu. Tutaj dominuje Hinduizm. Ludzie wznoszą posągi bogom i składają im ofiary z płatków kwiatów, krakersów i liści. Kobiety nie zakrywają głów, raz do roku, z okazji święta Melasti odbywa się wielokolorowa procesja z biało żółtymi wstęgami - symbolem hinduizmu.

Posąg i brama - symbole Hinduizmu

Ofiara składana przed posągiem
W przydrożnych kramach mozna kupić obrazy i rzeźby lokalnych artystów.
Około 20 km od Denpasaru, przy brzegu morza widać hinduistyczną świątynię Tanah Lot. Jest położona na wysepce tuż przy brzegu i można się do niej dostać łodzią albo przejść suchą stopą podczas opływu.

Tanah Lot, świątynia hinduistyczna na wyspie Bali
Ciekawostką są małpy, które w ogóle nie boją się ludzi i skaczą po dachach, kradną jedzenie i zdają się świetnie bawić.

W głębi wyspy Bali małpy żyją tuż obok ludzi

Poza tym Bali słynie też z wielobarwnych, tradycjnych tańcow, Cedrawasih, Panji Semirang i innych, których nazw nie znam. Miałam okazje widzieć kilka takich występów podczas kolacji nad brzegiem oceanu i był to chyba jeden z piękniejszych momentów.
Tradycyjny taniec na wyspie Bali, nazywa się chyba cendrawasih
Teraz kiedy patrze na te zdjęcia widze jak daleko dotarłam. Wtedy tego nie czułam. Wśród przyjaciół nie czuje się trudów podróży, znika też stres, bo zawsze jest o czym pogadać i z czego się pośmiać. We wstępie napisałam, że można polecieć za niewielkie pieniądze, i rzeczywiście - w sumie wydałam 600 funtów z czego 450 kosztował sam przelot. Jedzenie, transport, hotele, pamiątki - to wszystko kosztowało mnie 150 funtów czyli około 750 zł. Zapewne im więcej osób jedzie tym taniej to wychodzi - koszty dzieli się przecież po równo pomiędzy wszystkich, ale zdecydowanie warto wybrać się w taką podróż. Trzeba mieć tylko trochę wolnego czasu, przyjaciół gotowych na odrobinę szaleństwa i znać jakiś język obcy. Naprawdę warto. Bo przecież czeka tam na nas blisko 17 000 innych wysp do odkrycia!
Praca konkursowa naszej Internautki: Płonącej Żyrafy
Twój tekst także może wziąć udział w konkursie. Na laureatki czekają wspaniałe nagrody!
O szczegółach przeczytasz tutaj.