Mam papugę. Koleżanka wyjechała na miesiąc nad Bałtyk i zostawiła mi pod opiekę swoją ukochaną papugę. Podobno przez większą część jej życia wszyscy myśleli, że to samiec. A tu niespodzianka, okazało się, że to baba jest! Cwana papużka, udało jej się nabrać tylu ludzi, dlatego pewnie dali jej na imię Sniki (fonetyczny zapis angielskiego 'sneaky' - 'podstępny'). Jest żółta i mała, to papuga nimfa. Wydaje ni to świsty, ni to gwizdy ni to pomruki, ale brzmią całkiem przyjaźnie. Chyba mnie lubi. Mój czarny pies-morderca potrafi siedzieć godzinami pod jej klatką i śledzić każdy jej najmniejszy ruch. Tak jakby oglądał telewizor. Na dodatek w ciągu dnia odwiedza mnie czarny kot sąsiadów, łasi się, siedzi, mruczy, tak jakby był mój. Myślę, że mogłabym być czarownicą, albo wróżką przepowiadającą przyszłość. Muszę tylko kupić sobie spiczasty kapelusz i poćwiczyć złowrogi śmiech. Kręce się, śmieję i tańczę do mojej ulubionej piosenki: 'come away with me' Nory Jones. Nie jestem krucha i nie mam siedmiu lat, ale czuję się jak dziecko. Skąd się bierze ta radość? Przychodzi razem z lipcowym słońcem? Czy dopada każdego czy tylko mnie? A może to Kraków nią promieniuje i jest jej źródłem?