One to zapalone śpiochy. Ja z kolei po całonocnych barażach w Fahrenheicie, powrocie do domu o 4 rano, dokładnym umyciu się, jestem w stanie bez zbędnego gadania wstać o 8 rano, zjeść śniadanie, wypić kawę i wysprzątać pół domu. Mogłabym tak wymieniać bez końca, jednak filozofia przyciągania się przeciwieństw w naszym wypadku się sprawdza. W jakiś niewytłumaczalny dla mnie sposób potrafimy się wzajemnie uzupełniać.
Nie dzwonimy do siebie o 3 nad ranem, gdy, któraś z nas ma problem. Czekamy do rana, idziemy do naszej ulubionej pizzerii, zamawiamy sałatkę z kurczaka i rozmawiamy tak długo jak trzeba, później spacerujemy, znajdujemy kolejne tematy do omówienia: ślub naszej koleżanki (a co za tym idzie, ciągłe niezdecydowanie, co jej kupić), rekrutacja na studia, wakacje, wyjazd do Szczecina, cudowność chwil Alki wynikających z bycia od pół roku z Marcinem…
Więc po to ta przyjaźń? Żeby żyć, funkcjonować jak człowiek, czuć, że jesteś dla kogoś ważna, nie tylko ze względu na więzy rodzinne. Żeby próbować czegoś nowego (drinków żurawinowych i migdałowych ze sprietem), żeby poznawać nowe miejsca (Nierzym, Szczecin, Kłodawa).
I tak niezmiennie od 3 lat.