Podróże są maszyną do napędzania zdarzeń i emocji. Patrząc na mapę, nie wydaje się, że cały wachlarz doświadczeń może być skupiony na skrawku terytorium nieco większym od przeciętnego polskiego województwa.
Są tam góry (Alpy Julijskie), jeziora (okolice miejscowości Bled), a nawet wybrzeże w weneckim stylu (Piran i Portoroz).

Bled:
Spełnia wszystkie wymogi bajkowej krainy. 1. lazurowe jezioro 2. zamek na skale 3. kościółek na wyspie, do której można dopłynąć jedynie łódką 4. przepyszne ciastko regionalne (coś w stylu budyniowo-kremowej napoleonki) oraz !uwaga uwaga! ulubiona letnia rezydencja Tito, obecnie zmieniona w centrum konferencyjne (mhmm, tematykę spotkań i konferencji uzupełniają krwawe propagandowe malowidła na ścianach – bardzo niecodzienny widok).
Wieczory w restauracji z zawrotnie międzynarodową atmosferą, czyli Chilli Bar (http://www.sloveniaholidays.com/eng/chilli-bar-restaurant) pozostaną w pamięci na długo.
Piran, czyli wybrzeże, kąpiele morskie, przepyszne ryby i owoce morza, a w centrum cudny mały plac główny i obowiązkowo przejażdżka wybrzeżem na czerwonym skuterze.
Wiatr we włosach podczas skuterowej wyprawy do Portoroz przebija tylko jeden element: skuterowa wyprawa w labiryncie uliczek Piranu. Przewodniki nie dodają, że próby manewrowania w wąziutkich uliczkach mogą skończyć się wjechaniem w rozwieszone pranie… co autorki tego opowiadania również nie ominęło
Ljubljana: po zachwycie nad resztą Słowenii po stolicy spodziewaliśmy się więcej. Skończyło się na „poprawnych” atrakcjach turystycznych, troszeczkę wynagrodzonych festiwalem ulicznym, gdzie salsę na dworcu centralnym tańczy się do trzeciej w nocy.
Jeżeli jednak zwiedzanie Ljubljany nadal jest w Waszych planach, to obowiązkowo na rowerze.
Jest tam po prostu pięknie. I nie ma turystycznego tłoku. Słowenia udowadnia, że to nie wielkość, ale jakość ma znaczenie J I feel sLOVEnia.


Praca konkursowa naszej Internautki: Mansoon