Naczelna zasada dobrego pakowania brzmi: Zabierać ze sobą tylko to, co będzie nam potrzebne. W moim przypadku zasada ta zawsze kończy się pytaniem: Czyli co? Bo ja mam wrażenie, że wszystko będzie mi potrzebne. I jak zwykle „to wszystko” próbuję pomieścić do dużej walizki, która nagle staje się niewystarczająco duża na moje potrzeby. Ale czy ja rzeczywiście biorę tak wiele?
Nie wiem, na jakie ubrania się zdecydować. Banalna rzecz, a ja siedzę i kolejną godzinę główkuję. Bo trzeba brać pod uwagę każdą ewentualność. Więc w torbie lądują:
Ciuchy na dobrą pogodę
Ciuchy na niepogodę
Polar na załamanie pogody
Sukienka na romantyczne wieczory
Sweterek do sukienki na wypadek brzydkiej pogody w romantyczny wieczór
Buty na dobrą pogodę
Buty na niepogodę...
Uff.
Nauczona doświadczeniem z zeszłego roku (próba rozmowy z Czechami bez podstaw czeskiego i rozmówek), w tym roku chcę zabrać słownik polsko – zagraniczny. Z racji, że po drodze mijamy dwa kraje, niewykluczone, że słowniki będą dwa.
Zastanawiam się jeszcze nad kremem z filtrem (upałów nie będzie, bo to nie ten kraj, ale mam przecież wrażliwą skórę), zestawami biżuterii (do wszystkich sukienek i butów), dodatkową torbą podręczną (jak wyżej) i stosem gazet, które mają mi pomóc przetrwać podróż. Co z tego, że będę jechać w nocy i mam zarezerwowane miejsce w wagonie sypialnym? Trzeba być przygotowanym na każdą ewentualność!
Ostatnim razem Towarzysz zwątpił w mądrość swej kobiety, widząc jak wiele ma bagażu. I to nie wiedząc nawet, że liczba sukienek na romantyczne kolacje przekroczyła liczbę dni przeznaczonych na wyjazd. Bywa i tak. Ale teraz też się nie dowie o dwóch słownikach. Niech ten fakt pozostanie tajemnicą.
W ten sposób bycie przygotowanym na każdą ewentualność jest czasem ciężkie...
Ale o tym ani słowa;)