Nie mogę (i nie chcę) odmawiać sobie drobnych przyjemności. Czyli dzień bez czytania uważam za stracony. W tej kwestii powtarzam za Kasią Nosowską – to uzależnienie. Przeglądam gazety, pochłaniam książki i nie zamierzam przechodzić na odwyk. Ale oszczędzanie zacząć muszę. Stąd wyrobiłam sobie trzy karty w trzech różnych bibliotekach i korzystam z dobrodziejstwa darmowego czytania. A oprócz oszczędności mam jeszcze jeden plus: świadomość, że mogę czytać, czytać, czytać...
Picia kawy też nie zamierzam ograniczać. Kupiłam więc sobie urządzenie ubijające mleko (cena jak za jedną małą czarną w kawiarni). Teraz kiedy chcę, delektuję się kawą z pianką. I to prawie dosłownie – urządzenie jest tak małe, że z łatwością mieści się w damskiej torebce. Polecam wszystkim!
Ostatnio wraz z Towarzyszem zrobiliśmy sobie maraton filmowy. Bez wychodzenia z domu. Internet, chrupki i nasze wrażenia – bezcenne. Co prawda jakość gorsza niż w kinie, ale za to dobór repertuaru – idealny! Dodatkowe plusy: brak odgłosów pożeranego popcornu i wypijanej haustami coli.
Dałam sobie też spokój z kupowaniem ciuchów. Skoro i tak mam pełną szafę i ciągłe poczucie, że nie mam co na siebie włożyć, kolejne ubranie tego stanu nie zmieni. Naprawdę.
Sprawa z kosmetykami wygląda podobnie. W najbliższym czasie nie zamierzam powiększać już i tak rozdętej kosmetyczki.
Swoim oszczędzaniem objęłam też... jedzenie. Nie, nie jestem na przymusowej diecie. Ale zmieniam nawyki – bo te z ostatnich czasów mogłyby niejednego dietetyka przyprawić o zawał. Stąd wyrzucam chińskie instanty, niezdrowe przekąski i energetyzująco-uzależniające napoje. Wybieram kilogram jabłek i soki warzywne. A także poczucie, że jestem ciut zdrowsza.
Ascetyczny tryb życia? Ależ skądże! Nie czuję, że w ten sposób coś tracę. A zyski? Są namacalne. W moim portfelu :)