Tak jak Marcin z Mam talent zaczarował mi i Chylińskiej akordeon, tak Solista zaczarował mnie kontrabasem i Beethovenem. I teraz zamiast ukochanego Damiena Rice’a słucham właśnie Ludwika Vana. I wierzcie lub nie, mam przy tym ciarki.
Film jak dla mnie niesamowity.
Od pierwszych minut doskonała gra aktorska, ciekawa fabuła, taka z jaką się jeszcze nie spotkałam. Choć jako kinowa amatorka mam prawo nie dostrzegać podobieństw do innego dzieła. Bo film ten na miano „dzieła” z pewnością zasługuje.
Afro-amerykanin mieszkający na ulicy jest świetnym kontrabasistą. Jego osoba intryguje dziennikarza poczytalnej gazety, który postanawia uczynić schizofrenika Nathaniela bohaterem swoich artykułów. Z czasem ich znajomość przeradza się w przyjaźń. W przyjaźń, w której jeden z nich chce zmienić drugiego. Przyjaźń bez granic.