Przeglądam różnego rodzaju kalendaria dotyczące wydarzeń z roku 2009. W tym okresie cyklicznie pojawiają się rankingi w rodzaju „10 wydarzeń, które wstrząsnęły światem w minionym roku". Pewnie każdy człowiek ma własny świat i co innego nim na ogół wstrząsa, ale krach na giełdzie niejednemu w 2009 roku dał się we znaki. Zwłaszcza, gdy otworzywszy rano oczęta, czyta się w prasie codziennej następujący lead: „7 lutego 2009 - warszawska giełda osiąga dno. Indeks WIG20 spada do poziomu 1327 pkt, najniższego od prawie sześciu lat."
Wszelkie turbulencje, na tak zwanym światowym rynku, na wiele dni skupiły uwagę na finansach i kredytach. A ponieważ nie mam zaciągniętego żadnego zobowiązania kredytowego, mogę sobie spokojnie na ten temat snuć różne przemyślenia.
Cóż to takiego ten kredyt? Bank zobowiązuje się udostępnić określoną kwotę na określony cel oraz czas a kredytobiorca zobowiązuje się wykorzystać kredyt zgodnie z jego przeznaczeniem oraz zwrócić pobraną kwotę wraz z należnym bankowi wynagrodzeniem w postaci prowizji i odsetek. Niejednokrotnie te prowizje i odsetki to ładny kawał grosza. Czasem mogą stanowić nawet połowę kwoty pożyczanej, czyli oddajemy kredytodawcy 150% pobranej sumy.
Jedna rzecz mnie poruszyła. Idzie młody człowiek do banku, zdobywa różnorodne zaświadczenia, wypełnia plik rozmaitych formularzy, z drżeniem serca czeka na przyznanie kredytu. Potem podpisuje umowę. I jaka to jest umowa! Nie byle jaka. Podpisanie deklaracji wiążącej na trzydzieści lat - to jest deklaracja prawdziwej wierności niemal do końca życia. Na dobre i na złe. Bo przecież nikogo nie będzie obchodziło, czy nasza kariera zawodowa rozwija się tak, jak myśleliśmy w chwili podpisywania umowy. Czy wszystko w naszym życiu toczy się tak, jak powinno. A przecież niespodzianki czyhają za każdym rogiem. No bo któżby się spodziewał, ze USA przeżyje kryzys bankowy, a najbogatsza w naszej okolicy geograficznej Islandia stanie się z dnia na dzień państwem bankrutów. I nikt się nie buntuje, jak raty kredytu maleją lub rosną - bo to przecież jest element ryzyka przy tego rodzaju zobowiązaniach. Nikt dziś nie jest w stanie zagwarantować, że przez najbliższe ćwierćwiecze kurs franka szwajcarskiego będzie non stop korzystny. A trzydzieści lat to niezły kawał czasu. W małżeństwie to staż do pozazdroszczenia. To okazja do świętowania, a w naszych czasach szybkich i krótkich związków, powód do dumy i chwalby. 30 - rocznica ślubu perłowa...
Jak to jest, że młodzi ludzie ślubują w kościele przed Bogiem, księdzem i tłumem świadków dozgonną miłość, wierność i uczciwość i po kilkunastu (ba nawet po kilku) latach łamią zobowiązanie. A zwykła umowa, i to niejednokrotnie wcale niekorzystna, jest respektowana i rzadko komu zdarza się zerwać umowę kredytową.
Dwoje ludzi podpisuje umowę, że decyduje się być ze sobą do końca życia. Zaciąga dożywotni kredyt zaufania. Daje ustne gwarancję wypowiadając słowa przysięgi. Daje pisemną gwarancję podpisując dokumenty w USC i w kościele. Ślub to też jedna z umów cywilno-prawnych. I mija kilka lat, zdarzają się gorsze dni, zmęczenie, kłopoty w pracy, kłótnie z teściową ... i rozwód. A przecież w wielu przypadkach nie dochodzi nawet do krachu. Często są to tylko „wahania kursu".
Zerwanie warunków umowy kredytu bankowego drogo kosztuje. I to dosłownie. No i zapowiada mnóstwo kłopotów.
Zerwanie umowy ze współmałżonkiem też bywa kosztowne. Emocjonalnie.
To dlaczego tak łatwo podejmowane są decyzje o rozwodzie?
Może dlatego, ze nie ma Krajowej Listy Dłużników Zaufania. I łatwiej jest znaleźć kolejną żonę niż kolejny bank dający się zwieść obietnicą o wypłacalności.