Zapomnianych tradycji i zwyczajów naszych jest tak dużo, że aż dziw. Zawsze myślałam, że akurat w Polsce, to mnóstwo obyczajów nadal jest kultywowanych. A ze zdziwieniem grzebiąc w Internecie dogrzebuję się do zupełnie wypartych ze społecznej pamięci dawnych codziennych zwyczajów.
Któż dziś pamięta, że Środa Popielcowa zwana była Wstępną Środą, bo jako pierwszy dzień postu, rozpoczynała okres umartwiania. To dzień pokuty przypadający 40 dni (nie licząc niedziel, które są pamiątką Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa) przed Wielkanocą. Tego dnia, każdy udawał się do kościoła, by dostać „opielec". Opielcem zwano posypywanie przez księdza głów wiernych popiołem z palmy wielkanocnej, świeconej rok wcześniej w Niedzielę Palmową (czyli Kwietną Niedzielę). Lud prosty po kątach szeptał, że popiół ów był „z trupich kości" na znak śmiertelności. Prochem głowy posypywał ksiądz, żeby przypomnieć, że człowiek nie jest wieczny i „że kiedyś w proch się obróci, zatem żeby się do marności światowych, a tym bardziej do rozpusty nie przywiązywał, ale owszem za zbytki i swawole mięsopustne miał się przy poście świętym do pokuty". Za czasów króla Augusta III ten, kto nie mógł do kościoła w popielec dotrzeć, miał drugą szansę na otrzymanie opielca. We wsiach, z których daleko do kościoła było ( a przypominam, że Popielec mógł w bardzo mroźny i śnieżny czas przypaść, jak to zimą bywało) w pierwszą niedzielę postu ksiądz posypywał jeszcze głowy popiołem.
Kiedy rozluźniły się obyczaje - a rozluźniają się zawsze, taka to już ich uroda, ze każde pokolenie płacze nad upadkiem moralnym swoich następców - więc kiedy się rozluźniły, powstała zabawa popielna. Młodzież skłonna zawsze do zabaw, kpin i swawoli, sama sobie zaczęła rozdawać opielec „trzepiąc się po głowach workami popiołem napełnionymi albo też wysypując zdradą jedni drugim obojej płci na głowy pełne miski popiołów."
Inna zabawa tego dnia dotyczyła kontaktów damsko-męskich. Wtedy na co dzień nie wypadało jawnie podrywać, zwłaszcza pannom młodzieńców. Ale w Popielec, mógł kawaler pannie, lub dziewczyna chłopakowi garnek z popiołem pod nogi rzucić. Ale tak trzeba było ten garnek rozbić, żeby popiół obsypał upatrzona ofiarę. Jeśli panna trafiła upatrzonego kawalera, krzyczała "Półpoście, mości panie" i uciekała czym prędzej. Zwłaszcza, że trafiony, zakurzony i brudny człowiek mógł się nieźle zezłościć i nie zapanować nad językiem lub nerwami. Domyślam się, że dopranie ówczesnych materiałów bez dzisiejszych środków piorących, mogło być nie lada wyczynem.
Szybko tej zabawy zaprzestano. A raczej zmieniono zasady:
„przeniósłszy się z katolików na samych Żydów, których afrontować i nie tylko garkiem popiołu za plecy zwalić, ale też i kijem wyprać za lada okazją wolno było, osobliwie w Warszawie, gdzie Żydzi, nie mający prawa inkolatu, bardzo pokornymi być musieli, a zatem małe krzywdy i urazy cierpliwie znosili."
Jak tylko prawo się zmieniło, Żydzi przestali znosić te pseudo zabawy spokojnie i gdy tylko znali swoich prześladowców, wytaczali im procesy karne, które wygrywali bez problemu. I tak mało szczęśliwa rozrywka zanikła.
Nie namawiam młodzieży, do wznowienia zwyczaju obrzucania ludzi popiołem. Na szczęście w dobie kuchenek elektrycznych i mikrofalowych oraz ogrzewania centralnego trudno byłoby o popiół. Ale poczytać o zamierzchłych zwyczajach warto. Choćby tylko po to, by ślad po nich nie zaginął.
O wstępnej środzie - Jędrzej Kitowicz w Opisie obyczajów za panowania Augusta III