Wczoraj w autobusie stał koło mnie pewien mężczyzna, na oko pięćdziesięcioletni. Nagle mój wzrok zatrzymał się na jego dłoni. Była piękna. Rasowa. Dłoń, w której zamyka się prawdziwa miłość do ziemi, szacunek dla pracy na roli, sens życia. Dłoń człowieka, który nie ufa cywilizacji i wie, że naturę trzeba „dotknąć", poznać, aby się z nią zaprzyjaźnić. Dłoń, która budzi respekt równie automatycznie, jak najdroższe gadżety i pieniądze.
Człowiek jest piękny sam w sobie przez całe życie.
Urocze jest niemowlę, czterolatek nas rozbraja, zachwyca sześciolatek. Młodość czyni nas pięknymi, trzydziestka uszlachetnia.
Gdy człowiek kończy czterdzieści lat, media zaczynają ryczeć gromkim głosem:
„Nie, stop! Nie dopuść do tego, żeby wiek zaorał ci twarz zmarszczkami. Nie pozwól, aby ciało wymknęło ci się spod kontroli. Zmarszczek nikt nie lubi, nadwaga nie jest trendy".
***
Dbanie o swój wygląd nie jest złe samo w sobie. Człowiek rozlazły w przenośni i dosłownie, kobieta zaniedbana, z fryzurą w nieładzie i trzymiesięcznymi odrostami rzeczywiście nie wzbudza sympatii na pierwszy rzut oka. No takie czasy, że tak wyglądać jest po prostu głupio, bo wystarczy 40 minut, żeby się ogarnąć. Gorzej jest, kiedy kłócimy się z naturą na siłę i chcemy wyglądem zatrzymać się w miejscu. Zmarszczkom mówimy stanowczo - never, wałeczkom tu i ówdzie zamykamy drzwi.
Ale czy warto tak bezkompromisowo walczyć z wiekiem?
Tekst wyróżniony przez redakcję