Macierzyństwo - czym jest dla Polek? Przywilejem czy obowiązkiem, nakazem społecznym czy powołaniem? Nie wnikam w strukturę innych nacji, gdyż w wielu krajach europejskich posiadanie potomstwa licznego to tylko same przywileje - dom, zasiłki ( Wielka Brytania), samotne rodzicielstwo to ulgi we wszystkich dziedzinach życia (Szwecja) a u nas niby becikowe jest a i tak na wielodzietne rodziny patrzy się jak na dziwolągi niedostosowane społecznie.
Walka o życie poczęte zawsze jest walką przeciwko kobiecie - zbrodniarce, która chciałaby usunąć niechcianą ciążę i przeciwko lekarzowi - mordercy, który jej w tym pomaga. Nie widzi się w niej matki, mimo iż posiada już potomstwo, ta jedna ciąża decyduje o wszystkim. Ona nie może nie chcieć, bo jak można nie kochać kolejnego dziecka skoro wychowuje się już kilkoro. To niemożliwe, że nagle jej instynkt macierzyński wypalił się a ona sama nie ma potrzeby być po raz kolejny mamą.
Mam jedno dziecko i nie mam potrzeby, instynktu, ochoty, siły aby mieć następne. Kocham je bardzo, jest dla mnie bardzo ważne ale jestem też ja - kobieta, która nie chce spełniać się tylko i wyłącznie w roli matki. Mówię to głośno i wyraźnie ludziom, którzy próbują przebąkiwać, że jedno dziecko to za mało. Może jestem egoistką, trudno, ale nie mogę zmuszać się do czegoś, czego nie odczuwam w stu procentach.
Czytam wywiady ze znanymi kobietami ( m.in. z Marią Peszek), które otwarcie i szczerze przyznają się do braku chęci posiadania potomstwa, ba, nawet do tego, że nie wiedzą czy w ogóle chcą ale one są artystkami, aktorkami, dziennikarkami, robią wielką karierę i społeczeństwo jakby przymyka na to oko. Czy przeciętnej obywatelce tego kraju wybacza się tak łatwo, że nie chce mieć dzieci? Są rodzice, którzy by chcieli być dziadkami, sąsiedzi, którzy plotkują o niepłodności, koleżanki, które nie zapraszają na kinderbale, bo po co?
W naszym społeczeństwie wciąż tkwimy w stereotypach - gdy wychodzisz za mąż to musisz mieć dzieci, bo w przeciwnym razie po co jest małżeństwo, gdy już masz dziecko to idziesz na macierzyński urlop, bo to kobieta najlepiej zajmuje się dzieckiem a gdy osiągasz wiek emerytalny to czas spędzony na wychowywaniu nie jest wliczany do lat przepracowanych.
Kobiety z dużych miast jakoś radzą sobie ze stereotypami, środkami antykoncepcyjnymi, naciskiem społecznym. Kobiety z małych miejscowości i wsi nie mają takich przywilejów, środków finansowych i możliwości. One nawet nie wiedzą, że można nie chcieć. Rodzą wciąż dzieci według zasady: bóg da , bóg wychowa, wbrew zdrowemu rozsądkowi, zdrowiu, wbrew temu, co wewnętrznie odczuwają. A sądzę, że odczuwają strach - strach przed opinią społeczną, która wyda wyrok zanim padną jakiekolwiek, racjonalne argumenty. Bo czy tak można nie mieć instynktu macierzyńskiego?