Niezwykła popularność i entuzjastyczne recenzje cyklu o wampirach „Zmierzch” Stephenie Meyer skłoniły mnie do sięgnięcia po „Intruza” tejże autorki z ogromną nadzieją na solidną, bo ponad pięćsetstronicową, porcję przyjemnej lektury. Narobiłam sobie apetytu i … obeszłam się smakiem, a na grube tomisko z wielkim okiem na okładce spoglądam z niechęcią jak na… intruza.
Dobrnęłam zaledwie do sześćdziesiątej strony. Nie wciągnęła mnie ani treść, ani język i sposób narracji. Nie mam nic przeciwko fantastyce, a motyw wcielania się duszy w organizmy na różnych stopniach ewolucji, jest mi dobrze znany z filozofii genezyjskiej, której poetycką wykładnię znajdziemy w „Genezis z ducha” Juliusza Słowackiego. Nijak jednak nie mogę przekonać się do perypetii duszy zwanej Wagabundą, która „zaliczyła” już wiele planet i wielu „żywicieli” – form życia, w których przebywała, a teraz „siedzi” w głowie jakiejś Melanie, wykłada historię wszechświata i prowadzi dziwne rozmowy z Łowczynią, której raz chce pomóc, a raz przeszkodzić w ściganiu niezasiedlonych jeszcze duszami ludzi. Wagabunda próbuje scalić się z ciałem, w które ją wszczepiono, ale świadomość dziewczyny nie została całkiem wykorzeniona. Jej myśli mieszają się z myślami duszy, próbuje stawiać opór, ukrywa cenne dla niej wspomnienia i informacje o bracie i ukochanym mężczyźnie, które chcą jej wydrzeć Łowcy. Melanie stara się też niejako „przeciągnąć” narzuconą jej duszę na swoją stronę. Efekt tych przepychanek jednak zupełnie mnie nie interesuje.
Rzadko mi się zdarza utknąć w trakcie lektury i porzucić ją bez żalu. Zwykle daję książce szansę, tym razem jednak poddaję się. Możliwe, że mój umysł też zaatakował jakiś najeźdźca z kosmosu i narzucił mi swój tok myślenia. Niestety, nie ma w nim miejsca na pozytywną ocenę tej powieści Meyer. Na pewno znajdą się jacyś entuzjaści tej książki, dla mnie pozostanie ona uciążliwym intruzem na szlaku czytelniczej przygody.