5 marca jest obchodzony Dzień Teściowej. Święto, które zostało ustanowione w 80 latach XX wieku we Francji. Wikipedia głosi, iż: „Powstało na wyraz szacunku i wdzięczności synowej lub zięcia wobec teściowej lub świekry za ich obecność, zainteresowanie i pomoc w wychowaniu dzieci, utrzymaniu wspólnego gospodarstwa domowego, rozwiązywaniu problemów itp."
Nie wiem dlaczego, ale łatwiej jest hucznie obchodzić ten dzień, kiedy można pojawić się u świekry czy teściowej z kwiatkiem, a potem wrócić do własnego gniazdka. To bardzo smutne, ale bardzo rzadko udaje się stworzyć w jednym domu dwa rodzinne gospodarstwa, które egzystują bezkolizyjnie i w których bliscy ludzie nie zatruwają sobie wzajemnie życia. Niewątpliwym plusem mieszkania z teściami jest to, że zwykle nic to nie kosztuje. A nawet jeśli dorzucacie się do czynszu, i tak wynosi to znacznie mniej niż utrzymanie samodzielnego mieszkania. Zwłaszcza, gdy trzeba by było owo mieszkanie wynajmować. Zawsze lepiej jest mieszkać z rodzicami, a zaoszczędzone pieniądze odkładać na przyszłą inwestycję we własne lokum. Złośliwi twierdzą, że na tym zalety się kończą. Ale nie musi tak być. Tylko ciekawe, dlaczego prawie zawsze jest?
Teściowie są to ludzie trochę obcy, na których młodego człowieka skazał los. Oni maja swoje przyzwyczajenia, swoje pomysły na życie, swoje ulubione dania. A współmałżonek ich dziecka wchodzi w zorganizowany domosystem i od razu go zaburza... Bo przecież syn stał się mężem - czyli zmieniła się diametralnie jego rola. Córka staje się żoną i ma całkiem odmienne obowiązki niż do tej pory. Są to dorośli ludzie. Ale... Ale każda niemal matka (podkreślam „niemal", bo są jednak wyjątki) uznaje zasadę, że dopóki dziecko mieszka pod jej dachem, to jest jednak niedorostkiem, którego trzeba kontrolować. A to kontrolowanie polega na zadawaniu setek pytań. Pytań, na które po pewnym czasie wcale się nie chce odpowiadać. Własnej mamie można jeszcze powiedzieć: „Mamo, no daj mi spokój". A teściowej? A teściowej nie wypada. I to jest główny ból w teściokracji. No i jeszcze nieśmiertelne hasło, pt. "Dopóki mieszkasz pod moim dachem..." Nie na darmo pisał klasyk: „Wolność Tomku w swoim domku".
Najzdrowiej jest, jeszcze przed ślubem, zebrać się w czwórkę - rodzice i przyszłe małżeństwo - i ustalić podstawowe zasady funkcjonowania wspólnego pod jednym dachem. Większość problemów we wspólnym życiu wynika z niedomówień i stwierdzeniu "jakoś to będzie". Najważniejsze jest ustalenie dwóch podstawowych spraw: pieniędzy i posiłków, oraz jednej pomniejszej, ale też istotnej.
- Musicie konkretnie ustalić ile i na co dajecie miesięcznie pieniędzy rodzicom. Nie wszystkich rodziców jest stać, by utrzymywać dwie dorosłe osoby. Ale musicie mieć ustaloną konkretną kwotę, żeby później nie dochodziło do niepotrzebnych niesnasek na tle finansowym.
- Musicie dokładnie ustalić sprawę przygotowywania posiłków i jedzenia. Czy każda z pań prowadzi swoją, oddzielną kuchnię, czy może mama będzie gotować dla wszystkich? A może będziecie zajmować się gotowanie razem lub na zmianę? Każda z tych propozycji ma swoje wady i zalety, ale musi być jasno powiedziane, jak ma wyglądać kucharzenie. Kolejna sprawa, to produkty spożywcze. Zakładacie, że wszystko, co w lodówce jest wspólne, czy młodzi będą mieć wyznaczone miejsce w lodówce na swoje rzeczy? Kto robi zakupy? Zwłaszcza te podstawowe, które trzeba robić codziennie.
- Musicie precyzyjnie ustalić podział obowiązków domowych. Po za własnym pokojem będziecie przecież korzystać ze wspólnych pomieszczeń, więc z góry powinno być powiedziane, kto co sprząta.
Ustalenie tych spraw nie jest łatwe, ale bardzo ułatwia późniejsze wspólne funkcjonowanie. I zapobiega tworzeniu się pretensji, żalów, złości. Wypominania, że nic nie robicie, że trzeba was utrzymywać... W chwili złości padają słowa, których nie można łatwo wymazać z pamięci. I tak tworzą się animozje między świekrą a synową, czy teściową i zięciem.
Drogie synowe, drodzy zięciowie, dla ochrony spokoju domowego zapomnijcie o własnych racjach, dopóki jesteście goszczeni przez teściów. Niech perspektywa lub wizja samodzielnego mieszkania osładza wam teraźniejszość i patrzcie na teściokrację przez palce. Kiedy już zamieszkacie „u siebie" zobaczycie, że tak naprawdę nie było u teściów najgorzej i przeprowadzka nie wiele w życiu zmienia. Oprócz świadomości, że już nikt nie będzie zawracać głowy pytaniami. Ale może przyjść taki dzień, kiedy zatęsknicie za odwiecznym pytaniem teściowej: „Dokąd idziesz? Bo ja się denerwować będę."
Nie denerwujcie się mamy, świekry i teściowe, my zawsze wracamy. Choć na chwilę...
A z okazji Waszego święta - Wszystkiego najlepszego i pociechy z dzieci.
Tekst wyróżniony przez redakcję