Książkę "Altana" Arkadiusza Jankowskiego dostałam w prezencie na ostatniego Mikołaja. Zgrabny tytuł, ładna szata graficzna, a przede wszystkim informacja od wydawnictwa, że powieść ta dostała wyróżnienie w konkursie literackim zachęcały do lektury. Jak tak mam, że najbardziej cenię wyróżnienia, bo takowe przyznawane są za jakąś cechę szczególną, wyróżniającą autora od tłumu, za coś, co przykuwa uwagę, zmusza do refleksji, ale nie w klimacie tak zwanej psychologii tłumu. Zapał mój jednak zgasł prawie tak szybko, jak się pojawił za sprawą krótkiej recenzji z tyłu książki.... .
„Kotlina Kłodzka, lipiec 1997 roku. Największa i najbardziej tragiczna w dziejach Polski powódź. Małe osiedle, w którym mieszkają Maria (emerytowana lekarz pediatra) i Maks (oficer Straży Pożarnej), zostaje znienacka odcięte od świata. Para bohaterów niespodziewanie musi stanąć oko w oko z groźnym żywiołem oraz niebezpiecznym zbiegiem z zakładu karnego, którego los postawił na ich drodze. Małżonkowie, traktujący dotychczas życie z lekkim przymrużeniem oka, muszą wykazać się hartem ducha oraz zdolnościami organizacyjnymi....."
No tak, pomyślałam sobie, interwencja kryzysowa jako przedmiot, że się tak wyrażę, był jednym z głównych na moim kierunku studiów. Dlatego z reguły nie sięgam po powieści traktujące o klęskach żywiołowych, patologii, niepełnosprawności, czy przemocy. Według mnie niewielu autorom, laikom w tej dziecinie, udaje się zbeletryzować teorię. Bardzo często czytając takie książki nie mogę oprzeć się wrażeniu, że autor na podstawie tony wypisów z literatury fachowej, wgryzł się dogłębnie w temat i na bazie punktów i podpunktów opisał swoją historię.
Mimo wszystko nie chcę być niesprawiedliwa i przede wszystkim nie śmiem z tego kpić. Każdy ambitny pisarz chcę uczynić coś, co jest społecznie pożyteczne, co uwrażliwi czytelnika na krzywdę, na niesprawiedliwość, czy nieszczęście. Dlatego, jeśli ja widzę na stronach powieści jednej, czy drugiej kalkę teorii, to zupełnie nie szkodzi, bo najważniejszy w sumie jest cel autora - chwycić go za serce i sumienie. Jeśli tak się stanie, świat na tym zyska na pewno. W skali mikro, ale zyska.
Wracając jednak do tematu. „Altanę" odłożyłam na półkę i wzięłam się za coś innego. Minął jakiś czas i zostałam zastrzelona pytaniem „Jak ci się podobała książka". Nie chcąc zrobić przykrości przyjaciółce, która bądź co bądź dała mi ją z namaszczeniem, zabrałam się za czytanie i z każdą stroną rosło moje zdziwienie. Kiedy skończyłam czytać, byłam pod wrażeniem. Okazuje się bowiem, że problem klęski żywiołowej jest tłem książki. Stanowi bazę do refleksji nad tym, jacy jesteśmy naprawdę, a przede wszystkim, czy umiemy kochać naprawdę.
Związek dwojga ludzi sprawdza się w życiu codziennym. Przy podziale obowiązków domowych, przy wstawaniu do dzieci w nocy, przy robieniu zakupów, praniu, przy zerowym koncie w banku w połowie miesiąca.
Wbrew pozorom miłość najszybciej umiera na widok przydeptanych kapci, na kanapie przed telewizorem, z fizycznego i psychicznego zmęczenia, czy z powodu pustego portfela.
„Altana" to książka o życiu dwojga ludzi. O nudnych z pozoru dniach i nocach. O jeździe na rowerze, sadzeniu iglaków, robieniu rano obiadu, żeby móc potem jechać do miasta.
Zapytasz, jaki jest sens czytać książkę opisującą zwyczajne życie? Takie samo jak twoje? Moja odpowiedź brzmi - sens jest. Żeby wyartykułować, jak bardzo taka harmonia życia jest każdemu potrzebna. Bo życie bohaterów „Altany" cechuje wielka harmonia, spokój i ciepło. A jeśli ono jest właśnie takie, znaczy że nie muszą się już w życiu bać, że spotka ich w życiu najgorsze. Najgorsza dla człowieka bowiem jest świadomość, że nie ma dla kogo żyć, o kogo się troszczyć, o kogo się bać i odwrotnie. Nie ma nikogo, kto by się o niego niepokoił i go kochał na przykład w okolicznościach klęski żywiołowej.
Dlatego bardzo polecam wam tę książkę, która zadziała na was jak muzyka klasyczna. Jeśli zwolnicie swoje myśli i wyciszycie się wewnętrznie, na pewno po tej lekturze staniecie się w jakiś sposób bogatsi.