„Zupa z ryby fugu", czyli o in vitro z miłością w tle
Styl znajomy, pozytywna dawka energii, jaką wnosi lektura, też, a jednak problematyka książki nieco poważniejsza. Szkoda tylko, że pani Szwaja nie zdecydowała się odważniej potraktować tak temat, jak i niektórych bohaterów. Ale wracając do początku…
Zaczyna się bardzo życiowo. Jak w jednej mało optymistycznej piosence. Znowu nie wyszło. A raczej wypada powiedzieć, nie wyszły – dwie wytęsknione kreseczki na teście ciążowym. Dlaczego tak jest, że jedni zostają rodzicami jakby przez złośliwość losu, inni, mimo wieloletnich starań i prób, nigdy dziecka mieć nie będą, nie wiadomo. Najwyraźniej tak być musi, i już! Łatwo mówić, że należy pogodzić się w wolą Bożą, trudniej zaakceptować fakt, gdy to z nami jest coś nie tak. Zwłaszcza jeśli rodzina naciska, iż już pora pomyśleć o potomku, który zagwarantuje kontynuację rodu, w nas zaś zaczyna się budzić powoli instynkt macierzyński. Może więc zdecydować się na… in vitro? adopcję? wynajęcie surogatki? Możliwości wiele, ale każda decyzja niesie ze sobą mnóstwo pytań, wątpliwości, obaw. Co jeśli…? A gdy…? Łatwo się zapętlić, szukając jakiegoś wyjścia z sytuacji, która prostych rozwiązań nam nie gwarantuje.
Anita i Cypek o dzieciach początkowo nie myśleli. Po ślubie chcieli nacieszyć się sobą, otworzyć firmę, urządzić się „na swoim”. Teściowa, której synowa wcale do gustu nie przypadła, o wnuka upomniała się po raz pierwszy dziewięć miesięcy po ślubie ukochanego syna. W końcu, chyba najwyższa pora, nie? Anita nie taka już młoda, dwadzieścia pięć lat to, przynajmniej w jej mniemaniu, „ostatni gwizdek, by urodzić zdrowego potomka!”. Chociaż gadanie teściowej nie przyczyniło się do wyrzucenia środków antykoncepcyjnych w kosz, tak już widok potomka znajomych, malutkiego Dżuniora, zmienił nastawienie Anity do dzieci. Po krótkiej rozmowie z mężem oboje doszli do wniosku, że może faktycznie już pora? Tylko że mijają miesiące za miesiącami, a wynik testu ciążowego jest ciągle taki sam. Negatywny. Za to atmosfera w domu zaczyna się mocno zagęszczać…
Podczas gdy Anita coraz bardziej zaprząta sobie głowę brakiem dziecka, ktoś inny myśli jedynie, jak tu wyswobodzić się spod kurateli rodziców. Opowieść o nastoletniej Mirandzie Wisiołek przeplata się z historią małżeństwa państwa Doliny-Grabiszyńskich, a w pewnym momencie obie opowieści zaczynają się zazębiać ze sobą. A jednak, o ile losy Anity i Cypka śledziłam z rosnącym zainteresowaniem, tak studenckie życie panny Mirki, gdzie nie mogło (jakżeby inaczej!) zabraknąć wątku uczuciowego, nieco mnie już nużyło. Nie wiem, czy to sentyment pani Szwai do swoich bohaterów, czy ukłon w stronę wiernych czytelników, ale znów pojawiają się w książce bohaterowie znani choćby z „Gosposi prawie do wszystkiego”. Tylko… czy oni wszyscy coś wnoszą do fabuły? Moim zdaniem niewiele, za to Anita z bohaterki pierwszoplanowej nagle staje się jedynie wątkiem pobocznym. I w tym momencie jak dla mnie książka wiele traci. Robi się przyjemnie i gwarno, ale jakoś tak… mniej życiowo, mniej prawdziwie. Wkrada się sztuczna nuta, która psuje pozytywny efekt, jaki wywarła na mnie początkowo lektura. Na szczęście pojawiają się co jakiś czas ciekawe akcenty, dzięki czemu książkę z zainteresowaniem można przeczytać do samego końca.
Tytułową rybę fugu niełatwo przyrządzić. Potrzeba wiedzy i doświadczenia, by smaczna zupa nie okazała się apetyczną trucizną. „Podobnie jest z naszym życiem, które jest jak potrawa dla inteligentnych” – można przeczytać na okładce książki, która, choć ma składniki naprawdę intrygujące, coś za słabo została przyprawiona. Po zbyt obiecującym wstępie, świetnie zarysowanych bohaterach, temperatura z czasem opada, i tylko miejscami bywa naprawdę bardzo, bardzo gorąco.
Wątek bezdzietnego małżeństwa, którym wydaje się z boku sterować zazdrosna „przyjaciółka” (oj, szczęśliwi ci, co takiej osoby nie spotkali!), to główny powód, dla którego po książkę pani Szwai warto sięgnąć. Lektura to przyjemna, choć momentami dająca do myślenia. Podejrzewam jednak, że i panna Miranda trafi w gusta romantyków, którym marzy się inne, lepsze życie. Jej się udało… tylko jakim kosztem?