Co prawda nie uważam się jeszcze za stetryczałą staruszkę stojącą jedna nogą nad grobem, ale sami Państwo przyznacie, że niejednokrotnie w tym miejscu grzmiałam nad degrengolada społeczną.
Wakacje to dobry okres, żeby się zrelaksować, odpocząć, cos ciekawego obejrzeć. Ale też jest to czas, kiedy człowiek relaksuje się tłumnie. Bo i na plaży na ogół trudno znaleźć odludny skrawek tylko dla siebie. A i w górach tak jakoś tłoczno i gwarno. Przynajmniej na deptakach. A takie nagromadzenie ludzi, którzy mają mnóstwo wolnego czasu w zapasie, sprzyja obserwowaniu ogólnie panujących obyczajów.
Jakieś dwa lata temu spotkała nas wielka przyjemność. Mieliśmy okazję spędzić z mężem weekend w pięciogwiazdkowym hotelu w Warszawie. Taką nagrodę wygrałam w konkursie. W sobotni poranek siedzieliśmy w hotelowej restauracji przy smakowitym śniadanku, gdy nagle koło naszego stolika stanął inny gość hotelowy. Przyznam, ze mnie lekko zatchnęło. Dobrze, ze nic akurat w ustach nie miałam, bo chyba by nie mieli już Państwo więcej okazji zapoznać się z moimi przemyśleniami. Pan w średnim wieku, w rozciągniętych spranych dresowych porciętach (niezręcznie opadających do poziomu, którego nie chciałam za żadne skarby oglądać na obcym mężczyźnie) i wątpliwej urody koszulince na ramiączkach również postanowił zjeść śniadanie. O klapkach na gołych, wyraźnie zaniedbanych stopach nie wspomnę, bo przy jedzeniu to nie wypada. Oczywiście, oczywiście, zaraz odezwą się głosy, że pewnie gorąco było... W takich hotelach to rzadko kiedy jest gorąco, bo klimatyzacja wszędzie i raczej sweterek się przydaje niż przewiewny dekolt. A owego pana pamiętam do dziś i nie jest to najmilsze wspomnienie.
Dwa tygodnie później byłam w Wambierzycach, gdzie znajduje się Bazylika pod wezwaniem Nawiedzenia NMP z początku XVIII wieku, więc i tłumy turystów błąkających się po okolicy trafiają do wspaniałej świątyni. Z wielkim wysiłkiem udało mi się wdrapać do owej bazyliki po całkiem pokaźnych schodach, a poruszałam się wówczas jeszcze o własnych siłach (za to przy mocy kul) i zajęłam miejsce w ławeczce przed ołtarzem, żeby wymodlić zdrowie dla siebie i dla najbliższych. Ale jakoś nie mogłam się skupić. Może przeszkadzali mi ludzie, którzy zapominali, ze są nie w muzeum tylko w świątyni i czuli się całkiem swobodnie rozmawiąjąc nie tylko ze sobą na wzajem, ale i przez telefon. A może odezwała się znów ta moją krytyczna natura i nie mogłam się powstrzymać od negatywnego oceniania paradujących prawie nago pod ołtarzem turystów. Zwłaszcza dwie osoby utkwiły mi w pamięci, brak opisu niech zastąpi Państwu bogata wyobraźnia.
Podczas kolejnych wakacyjnych wędrówek trafiliśmy również do jedynej w Polsce Kaplicy Czaszek. Jest to bardzo oryginalna forma cmentarza, czy zbiorowej mogiły. Jeden z kapłanów w XVIII wieku nie mógł znieść, że po atakach zarazy pełno w okolicy zbiorowych grobów, pozbierał przy pomocy parafian walające się wszędzie ludzkie członki i czaszki i zgromadził je na ścianach i suficie specjalnie do tego celu zbudowanej kaplicy. Makabryczne, prawda? Ale z drugiej strony uchronił wiele szczątków ludzkich przed profanacją. Przynajmniej tak mu się zdawało. Obecnie kaplicę odwiedzają turyści. Współczesny człowiek nie drży na widok gołych kości, bo się gorszych rzeczy w telewizji i w kinie naoglądał. A przy tym jest żądny wiedzy. I tak na moich oczach młody mężczyzna wkładał palec w oczodół wiszącej przed nim czaszki i sprawdzał grubość kośćca, a młoda kobieta awanturowała się z obsługą kaplicy, ponieważ koniecznie chciała się sfotografować w środku, a jest tam zakaz robienia zdjęć. Czułam niesmak i żal. Niesmak, że ludzie nie potrafią uszanować grobowca, jakim dla kilku tysięcy istnień ludzkich stała się owa Kaplica Czaszek. Żal do władz kościelnych, że pozwalają na bezczeszczenie ludzkich szczątków i do siebie, że wiedziona ciekawością zdecydowałam się na odwiedzenie tego miejsca.
W tym roku widziałam młodą mamusię, która przyprowadziła do jednej z dolnośląskich bazylik dwójkę małych dzieci. Chwalebne? Bardzo. Pod warunkiem, że dzieci nie jeżdżą na hulajnodze czy rowerku po świątyni, a rodzicielka powstrzymuje się na ten czas od lizania loda. Sama nie wierzyłam własnym oczom ani uszom (bo ta trzyosobowa wycieczka cicha również nie była) i zastanawiałam się, po co przyszli. Pewnie dla ochłody, bo w kościołach jest zwykle chłodniej, a upał w tym roku bywał nieznośny.
Na temat innych drażliwych i niesmacznych wydarzeń, jakie miały miejsce w tegoroczne wakacje, nie chcę się wypowiadać, choć aż palce świerzbią, by coś napisać. Już dawno postanowiłam, że o polityce pisać nie będę, a tym razem musiałabym o temat tabu zahaczyć.
Mogę jednak zauważyć na marginesie, że każdy człowiek ma wolną wolę, swój rozum i rozsądek - a przynajmniej mieć powinien. Więc każdy z nas wie, co wolno, czego nie wypada, a co nigdy nie powinno mieć miejsca. Tylko czasem coś otumania do tego stopnia, iż dzieją się rzeczy i straszne, i śmieszne, i niesmaczne. A najgorsze, że jednocześnie...
O tempora! o mores! [łac. ‘o czasy! o obyczaje!'], wyrażenie oburzenia na widok rozluźnienia obyczajów (Cyceron)