- Lui, a ty w ogóle potrafisz gotować? - zagaił mój szwagier szyderczym tonem.
- A po co? - miałam dodać „chcesz to wiedzieć", ale forma wydała mi się mało zręczna i sam tylko początek został wyartykułowany.
- Jak to po co? Nie miałem okazji sprawdzić. A po ślubie będziesz chyba mężowi obiadki pitrasić. - Co raz bardziej sarkastyczny ton powinowatego zaczął mnie lekko drażnić, zwłaszcza, że obecne przy stole panie zaczęły chichotać ukradkiem. A narzeczony patrzył jedynie dziwnie błagalnymi oczyma w moim kierunku, zamiast przerwać ten dziwny temat rozmowy.
- A dlaczego mam coś pitrasić. I bez tego obiadki mogą być codziennie inne i urozmaicone. Konserwy na rynku są? Są - i to duży wybór. I słoiki z gotowymi daniami. A jak już bardzo będzie się upierał, to mu ugotuję ... gorącej wody, żeby sobie zupkę z torebki mógł rozmieszać... - Perorowałam złośliwie patrząc na szwagra ku co raz większej uciesze sióstr i narastającym widocznie przerażeniu przyszłego męża.
Kiedy pierwszy raz, już po ślubie, postawiłam przed małżonkiem własnoręcznie ugotowany obiad - oniemiał z zachwytu. Patrzył ze łzami w oczach na zmianę na mnie i na pełny talerz.
- O co chodzi? - Zaniepokoiłam się tym niemym podziwem. - Nie lubisz wieprzowych roladek i boisz się przyznać?
- Uwielbiam, ale mówiłaś, że nie umiesz gotować!
- Nic takiego nie mówiłam.
- Bałem się, że faktycznie będę skazany na zupki z torebki... A tu taki cud!
I o to mi właśnie chodziło. Gdybym od razu zachwalała swoje talenty kulinarne, maż spodziewałby się po mnie niewiadomo czego i od razu postawiłby mi wysoką poprzeczkę. Ta przedślubna słowna przepychanka pozwoliła mi zaskoczyć mężusia. Dzięki moim niespodziewanym kulinarnym zapałom zachwyt go ogarniał za każdym razem, gdy jajko sadzone zrobiłam czy sałatkę z selera. Zaś każdą wymyślną propozycję przyjmował niemal z uwielbieniem. A po za tym musiał mnie przeogromnie kochać, skoro ubzdurana świadomość (w brak jakichkolwiek moich kuchennych zdolności) nie przeszkodziła mu się jednak ze mną ożenić. Jak na razie (odpukać) jeden jedyny raz zapomniałam posolić mięso na kotlety mielone, ale zreflektowałam się w połowie smażenia, więc niepowodzenie było zaledwie połowiczne.
Jestem niezwykle wdzięczna i nie mniej zachwycona wyróżnieniem, jakie mnie spotkało w postaci III miejsca w konkursie „Letnie smaki". Jest czymś niesamowitym być nagradzaną w wirtualnym konkursie kulinarnym. Uwielbiam gotować, eksperymentować w kuchni i modyfikować najróżniejsze przepisy. Kiedy mąż pracował na zmiany i wychodził na noc do biura, potrafiłam spędzić w kuchni niemal całą noc i kończyć pichcenie o 3 czy 4 nad ranem. Zwłaszcza, gdy bóle nie dawały mi zasnąć i rzucanie garnkami po kuchni czy wyżywanie się nożem na warzywach - dawało mi ulgę w cierpieniach.
Bardzo dziękuję za nagrodę. Ale o wiele większą nagrodą jest dla mnie opinia mojego męża, który nie tylko uważa, ale i głośno mówi, że jego żona gotuje lepiej niż moja i JEGO mama. A to jest dopiero coś!