W ciągu ostatnich 10 lat mieszkałam w czterech różnych lokalach w różnych warszawskich dzielnicach, więc czuje się upoważniona do obchodzenia tego święta pełna gębą. W związku z tym miałam do czynienia z czteroma różnymi administracjami, całą plejadą sąsiadów o różnych charakterach i temperamentach oraz swoistym folklorem miejscowym. Wreszcie udało mi się osiąść we własnym, z trudem wywalczonym mieszkaniu. No i nasuwa mi się kilka wniosków i przemyśleń na temat smutnego losu lokatora.
Lokator ma obowiązki.
Pierwszy, podstawowy i zasadniczy – to natychmiastowy obowiązek płacenia za wszystko. Jest to obowiązek zasadniczy i podstawowy, bo jeśli z jakiegoś powodu go niedopełniamy, to może się zdarzyć, że stracimy nasz status lokatora. I tak na przykład moja obecna administracja policzyła nam 250 złotych za podłączenie do anteny zbiorczej. Nie telewizji kablowej, na pewno nie satelitarnej, a zwykłej zbiorczej anteny, dzięki której możemy oglądać podstawowe 7 programów. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że w naszym bloku jest ponad 50 mieszkań, to niezłej jakości musi być to urządzenie na dachu. Aż strach pomyśleć z czego zostało zrobione. Może z irydoplatyny.
Lokator ma obowiązek poinformować administracje o zauważonych usterkach i brakach w wykonaniu lokalu. Za to owa administracja ma dwa lata na ich usuniecie. My na przykład mamy w pokoju pękniętą ścianę od sufitu do podłogi. Usterka została zgłoszona. Niestety po dziewięciu miesiącach od wprowadzenia się, zastawiliśmy całą ścianę olbrzymią szafą. I obiecuję z ręką na sercu, że nie wpuszczę fachowców z kielnią do domu, bo nie dam sobie zniszczyć ani mebla ani podłogi.
To jest jeszcze pestka. Sąsiadka założyła sobie w kuchni okap. Nie jest to szczególna ekstrawagancja. Ale w zeszłym tygodniu chodził pan ubrany w koszulkę z olbrzymim napisem na plecach „kominiarz”. Okazało się, że ciągi wentylacyjne są niedrożne, najprawdopodobniej zagruzowane i za jakiś miesiąc będzie chodziła ekipa przepychająca. Niby nic, ale okap trzeba zdemontować, szafkę zdjąć ze ściany i pogodzić się, że ktoś będzie chodził w butach po blacie kuchennym.
Lokator też ma prawa.
Ma prawo do odpoczywania w ciszy między 22,00 a 6,00 rano. Teoretycznie ma. Ale jeśli sąsiad obok skorzysta z prawa do przyjmowania gości, to z ciszy raczej pozostaje wspomnienie. A w uszach brzmi donośnie pieśń nie całkiem zgrana wykonywana chóralnie pod wpływem. Albo kiedy inny sąsiad - naogladawszy się reklam w telewizji, w których krewki osobnik drze się na całe gardło „Nie ściszę, u siebie jestem!” – słucha przez pół nocy ulubionej piosenki na cały regulator. No i ten uroczy dźwięk wiertarki pieszczącej zmysły po 23.00 lub uspokajający klekot młotka. Cisza jest przecież przereklamowana.
Tak sobie narzekam i narzekam, ale w głębi serca cieszę się, że mogę nazywać się lokatorem i że mam własne cztery ściany, w których jestem u siebie. Zawsze mogę zamknąć drzwi na klucz, zająć własnymi sprawami, a ewentualnym natrętom wykrzyczeć z zakamarków mojego mieszkania – „Nikogo nie ma w domu!”