Studiowałam pięć lat. W tym czasie imałam się różnych zajęć i miałam trzy "prace" na poważnie. Choć poważnie jedynie z nazwy, bynajmniej nie, jeżeli chodzi o finanse ;)
Pierwszą pracą, jaką rozpoczęłam, była praca w firmie mojego Taty. I tu od razu dobra rada - jeżeli trafia Wam się inne zajęcie, zrezygnujcie z pracy u Rodzica, bądź Rodziców. Ja i tak miałam ułatwione zadanie, gdyż moi Rodzice są po rozwodzie. tak więc nie groziło mi opowiadanie o wypadkach codziennego dnia przy stole w porze kolacji... Mimo wszystko taką pracę odradzam. Są momenty, w których zatraca się dystans: pracownik - szef, a dochodzą do głosu: rodzic - dziecko. Moja "kariera" w firmie Taty tego nie przetrwała... ;) Tato nie traktował mnie poważnie, choć z drugiej strony - częściej pobłażał, niż innym pracownikom. Reasumując - ma to swoje dobre strony (szef częściej przymknie oko na spóźnienie, bądź inną niedyspozycję), ale z drugiej strony - wspólna praca bardzo wpływa na stosunki rodzinne. Nie zawsze jest to wskazane.
Drugim moim zajęciem była praktyka związna z kierunkiem studiów. Pracowałam w redakcji lokalnej gazety. jaka ja byłam dumna i blada!!! Te wyjazdy na materiał (nawet, jeżeli dotyczył jedynie najnowszej dziury w jezdni ;)), te kolegia ze starszymi dziennikarzami, od których tak wiele się uczyłam (i nie mówię tylko o nowych sprośnych dowcipach), ten dreszczyk emocji, gdy twoje nazwisko pojawia się pod tekstem - bezcenne. Trwałam w tej euforii parę miesięcy. Pracowałam po 12, 13 godzin na dobę, zdobywałam doświadczenie, szlifowałam warsztat... tak, to wszystko prawda. Nie miałam jednak życia prywatnego. Zero kontaktów z przyjaciółmi, dom traktowałam jak hotel... Do czasu. Okazało się, że obietnice o przejściu z praktyk na etat były tylko mydleniem oczu. Nie doczekałam się. A pensja w wysokości 20, 30, bądź 50 złotych miesięcznie wystarczała akurat na dojazdy i kawę z automatu... Zrezygnowałam. Skądinąd wiem, że ta redakcja, jak i wiele jej podobnych w ten sposób właśnie działa - paru dziennikarzy na etatach, a reszta to młodzi zapaleńcy, którzy wiele - zbyt wiele z siebie dają...
Ostatnią moją pracą była zupełnie nieskomplikowane zajęcie - zostałam ekspednientka w księgarni, niedaleko domu. I choć praca była kompletnie nierozwijająca i nie zaspokajała moich ambicji, to jednak miała i swoje dobre strony: blisko domu, właściwie po drugiej stronie ulicy - szukałam takiej specjalnie, by sobie ułatwić, była w systemie zmianowym, co dawało mi czas i dla siebie i na naukę, no i najfajniejsze: stały dostęp do nowiuśkich, pachnących książek!!!
Każde to zajęcie wspominam teraz z miłym uśmiechem. Każde wiele mi dało. Nauczyłam się dyscypliny, kontaktów z obcymi, walki o swoje... Po prostu - wkraczalam w dorosłe życie. Każdego wszak to czeka, więc dobrze zacząć wtedy, gdy nie szukamy pracy z nożem na gardle, tylko mamy warunki, by podejść do tego na spokojnie :)
A na koniec smutna reflekcja - skończone studia nie są ŻADNĄ gwarancją, że znajdzie się w końcu pracę swoich marzeń. Dlatego warto zacząć jej szukać jak najwcześniej!
ZOBACZ TAKŻE:
WAKACYJNY STAŻ POCZĄTKIEM KARIERY