Z każdego doświadczenia można wyciągnąć jakieś wnioski. Z wielką ciekawością zrobię bilans moich „pierwszych” doświadczeń, a jestem pewna, że wnioski same się nasuną.
Pierwsza praca fizyczna – po znajomości
Pierwsze zatrudnienie dostałam przy zbieraniu malin. Chciałam koniecznie zbierać truskawki będąc u babci na wakacjach. Ale na pole znajomego trzeba było dojeżdżać kilka kilometrów rowerem i babunia bała się mnie puścić. Miałam wtedy 12 lat, więc może faktycznie nie koniecznie musiała mieć do mnie zaufanie. Zwłaszcza, ze skłonna byłam wówczas do brawury, a dojeżdżać miałam na rowerze, więc… Ale do pracy wracać trzeba. Mama poprosiła swoją koleżankę, żeby mnie zatrudniła do zbioru malin. Pole było blisko, znałam je doskonale, bo w pobliżu stały drzewa morwowe, na których siedzieliśmy całymi grupkami, gdy dawały owoce. Poszłam na 7.00 wróciłam do domu szczęśliwa o 15.00. Z wielkim uśmiechem na ustach i szczęściem malującym się na lekko przykurzonym obliczu. Dniówkę wypłacano codziennie po zbiorach, a liczone były pełne łubianki, więc skoro (o ile dobrze sobie przypominam) tego dnia zebrałam ich 9, to już miałam w kieszeni pierwsze pieniądze. Najbardziej dumny był wtedy ze mnie dziadek, po pierwszym dniu zaproponował, że dołoży mi do tych zarobionych pieniędzy resztę na upragniony zakup, żebym nie musiała znów iść zbierać, ale kiedy odmówiłam - uściskał mnie tak mocno, jak jeszcze nigdy. Popracowałam tydzień. Zarobiłam na wymarzone niebieskie buty i straciłam zainteresowanie zarabianiem pieniędzy, bo nie miałam wówczas więcej potrzeb. Właściciel pola dzwonił kilka razy, żebym przyszła gdy pracowników brakowało, więc musiałam być dobrym i solidnym podwładnym.
Pierwsza praca na studiach – przez przypadek
Pojawiłam się w szpitalu, w którym kilka lat wcześniej spędziłam prawie rok, z prośbą o przyjęcie na oddział dziecięcy na letnie praktyki wychowawcze. Pani dyrektor zachwycona spytała, czy zamiast dwóch tygodni, nie zechciałabym popracować dwa miesiące –na zastępstwo. Etatowi nauczyciele musza mieć urlop, a dzieci w szpitalu i w wakacje potrzebują zajęć. Dumna podpisałam pierwszą umowę. I już następnego dnia paradowałam pełna pomysłów w białym fartuchu po oddziale. Praca niesamowita, dzięki mnie kilkoro maluchów pierwszy raz w życiu usłyszało bajkę o „Czerwonym Kapturku”. (Dawno, dawno temu... ) Mali pacjenci byli fantastyczni, przychodzili na moje zajęcia, mimo iż były całkowicie dobrowolne. Za pierwszą pensję założyłam w domu rodzinnym kablówkę. Mama była zachwycona i strasznie ze mnie dumna. Ja z siebie również, nawet nie przeszkadzało mi nic, a nic to, że pracuję w wakacje. Ponieważ rano dzieci zwykle miały badania lekarskie i zajęcia rehabilitacyjnem to opieka pedagogiczna była potrzebna dopiero po obiedzie. Pracowałam codziennie od 14.00 do 20.00, więc przynajmniej chodziłam wyspana. A w dodatku przeżyłam przygodę, bo akurat na tym oddziale przez kilka dni była kręcona jedna z komedii i miałam okazję osobiście poznać Przemiłego pana i wspaniałego aktora Wiktora Zborowskiego. No i miałam gotowy pierwszy wpis do CV w rubryce "praca".
Pierwsza praca po studiach – z polecenia
Pierwsza praca, która była jak najbardziej związana z moimi zainteresowaniami, jak i wykształceniem. Trafiła mi się jak ślepej kurze cały worek z ziarnem. Skończyłam studia, trenowałam kilka razy w tygodniu, bo nadal byłam w kadrze narodowej, pracy wcale nie szukałam. Wystarczało mi stypendium sportowe, obrywki z umów (podpisywałam kilka umów-zleceń w roku) oraz nagrody za medale. Ale podczas pobytu w Konstancinie na rehabilitacji spotkało mnie szczęście. Akurat odbywała się tam wielka impreza społeczno-charytatywna, która była nagłośniona przez prasę i inne media. Mecz tenisa ziemnego pomiędzy niepełnosprawnym zawodnikiem a ówczesnym prezesem Urzędu Kultury Fizycznej i Turystyki. Właśnie tego dnia dyrektor ośrodka zaproponował mi pracę wychowawcy. Kończyłam rozmowę z aparatu telefonicznego wiszącego na korytarzu (podzieliłam się z mamą moimi watpliwościami, czy warto będzie dojeżdżać codziennie do Konstancina i to środkami komunikacji miejskiej), gdy oficjalni goście wychodzili już z ośrodka. Nagle wszyscy się koło mnie zatrzymali. Dyrektor poinformował ministerialną delegację, że jestem sportsmenką i pedagogiem terapeutą w jednym. Wówczas pani dyrektor departamentu wręczyła mi wizytówkę z znaczącymi słowami „Pamiętam panią z rozdania nagród. Proszę do mnie zadzwonić, bo mam dla pani propozycję pracy. Potrzebuję fachowca od sportu osób niepełnosprawnych”. Zaskoczenie? Nie do opisania.
Zebrałam zestaw potrzebnych dokumentów i pojechałam na rozmowę kwalifikacyjną. Takiej chyba jeszcze nikt nie odbywał. Pani dyrektor , przemiła i bardzo ciepła osoba, starała się mnie przekonać, żebym podjęła pracę. Zgodziłam się z ciekawości. Nikt nie może mi zarzucić interesowności, bo za ½ etatu dostałam wówczas 364 złotych miesięcznie na rękę. Pracowałam 3 dni w tygodniu – poniedziałek, wtorek i czwartek. Jeśli potrzebowałam mogłam mieć tydzień wolny, a brakujące godziny odrobić w następnych tygodniach. Poznałam mnóstwo inteligentnych, błyskotliwych i mądrych ludzi, którzy przyjeli mnie do departamentu niezwykle przyjaźnie. Mimo, ze byłam z nich wszystkich najmłodsza, nigdy nikt nie okazał mi najmniejszego lekceważenia, wręcz przeciwnie zawsze mogłam liczyć na pomoc, podpowiedź czy wsparcie. Uczestniczyłam we wspaniałych konferencjach, różnych uroczystościach, jeździłam na zawody sportowe jako przedstawiciel Urzędu. W sumie, to ja im powinnam dopłacać za te wszystkie atrakcje. Niestety mój stan zdrowia gwałtownie się pogorszył i musiałam odejść. A potem Urząd Kultury Fizycznej i Turystyki przestał istnieć.
Pierwsza praca z programu rządowego
Po kolejnej operacji, będąc w ośrodku dla osób niepełnosprawnych, mogłam odbyć kurs księgowości komputerowej. Ale musiałam zarejestrować się jako osoba bezrobotna, żeby mieć prawo do owego bardzo zresztą prestiżowego szkolenia (35 godzin tygodniowo przez miesiąc). Zarejestrowałam się. Nawet nie sądziłam, że przyniesie to jakiekolwiek dalsze skutki.
Nagle, kiedy już wróciłam do domu, zadzwonił telefon. Pani urzędniczka kazała przyjechać mi do urzędu zatrudnienia, bo mają dla mnie ofertę pracy. Ruszył wówczas Europejski Rok Osób Niepełnosprawnych. W związku z tym państwo zostało zmuszone do stworzenia specjalnych programów ułatwiających zatrudnienie osobom niepełnosprawnym. Dostałam propozycję pracy w policji, jako technik – informatyk.
Na rozmowie kwalifikacyjnej w komendzie rejonowej polcji (za stołem siedziała 5 osobowa komisja, więc czułam się niczym na obronie pracy dyplomowej) od razu usłyszałam, że spełniam wszelkie ich oczekiwania aż w nadmiarze, więc od razu muszę się decydować, czy chcę tę pracę. Zgodziłam się, w końcu była to państwowa posada. Pensja raczej minimalna, bo po odtrąceniu ubezpieczenia dostawałam 764 złote na rękę. Praca mało ciekawa, bardzo stresująca. Po za mną, do tej konkretnej komendy, zostały przyjęte jeszcze inne 3 osoby niepełnosprawne. Nie byliśmy mile widziani – ot intruzi. Atmosfera co najmniej duszna. Incydenty niedoopisania, bo jeszcze dziś ręcę mi się trzęsą jak sobie przypominam. Niech nikt nie myśli, ze łatwo jest osobie z wyższym wykształceniem wysłuchiwać, jakim to jest się idiotą od osoby, która ma niepełne średnie, ten sam zakres obowiązków, tyle samo pracy do wykonania i 3 krotnie wyższe wynagrodzenie. Ale odbyłam kilka szkoleń, zdobyłam kilka wartościowych zaświadczeń – choćby taki papier, który upoważniał mnie do wglądu w tajne dokumenty. Zapoznałam się z policyjną bazą, porozmawiałam przez krótkofalówkę.
Potworna atmosfera w pracy doprowadziła mnie do zaawansowanej nerwicy. Kiedy szłam na tydzień urlopu, to już na drugi dzień martwiłam się, że zaraz będę musiała wracać do pracy. Nie spałam po nocach, rano bałam się wyjść z domu. Kiedy już nie mogłam dać sobie z tym wszystkim rady, pomyślałam – przecież wcale nie muszę tego robić. Nie muszę się męczyć. Wzięłam urlop i zaczęłam szukać nowej pracy.
Pierwsza praca z ogłoszenia
Pierwsze ogłoszenie, które mnie zainteresowało, miało same zalety – prywatna firma, niedaleko miejsca zamieszkania, stanowisko biurowe. Szybko zgromadziłam dokumenty, umówiłam się na rozmowę w piątek o 13.00. Cały czas gdzieś w tyłu głowy brzęczała mi myśl o pechu – ten termin tak jakoś nie wróżył mi powodzenia. Rozmawiały ze mną dwie osoby – dyrektor regionalny i kierownik oddziału. Było miło, dowcipnie i wesoło. Czułam się raczej jak na towarzyskiej herbatce niż poważnej rozmowie. Oczywiście na koniec usłyszałam – zadzwonimy do pani.
Wcześniejszych doświadczeń w czekaniu nie miałam, jak widać z powyższych opisów. Ale wcale nie musiałam długo się denerwować, bo już w poniedziałek zadzwonił telefon, pani kierownik oświadczyła, ze jestem przyjęta. Zgadzają się poczekać, aż zamknę wszystko w poprzednim miejscu zatrudnienia. Ze śpiewem na ustach napisałam prośbę o rozwiązanie umowy o pracę.
W nowej pracy dostałam wreszcie godziwe wynagrodzenie, traktowano mnie z szacunkiem. Miałam przemiłą, bardzo pomocną koleżankę, która wprowadziła mnie we wszystkie tajniki stanowiska – zostałam specjalistą do spraw rozliczeń. Koleżanka została moją przyjaciółką. Było po prostu świetnie. Niestety moja choroba gwałtownie wyskoczyła z ukrycia. Dopadła mnie znienacka i tak celnie, że stan mojego zdrowia pogarszał się z dnia na dzień. Musiałam zrezygnować kolejny raz.
Te kilka przykładów, które opisałam miały na celu pokazać, że trzeba mieć uszy i oczy otwarte, bo w najmniej oczekiwanym momencie możesz znaleźć interesującą propozycję. Czasem nawet wtedy, kiedy niczego nie szukasz. Czasem warto poszukać lepszego miejsca pracy, nawet wtedy gdy już ma się umowę podpisaną na czas nieokreślony, ale nie czujesz się wtym miejscu komfortowo. Pamiętaj:
- - że pracę można znaleźć samemu, ale możną ją i dostać - niczym niespodziankę czy prezent (trzeba mieć uszy i oczy otwarte);
- - im więcej osób znasz, im więcej znajomych uważa, że jesteś pracowita, inteligentna i rzetelna, tym większa jest szansa, ze dostaniesz pracę z polecenia;
- - nie każda praca, która sama w sobie jest ciekawa, jest również popłatna;
- - nie każda praca, nawet jeśli masz odpowiednie kwalifikacje będzie dla ciebie łatwa i przyjemna;
- - nie wszędzie jest się mile widzianym pracownikiem, nawet jeśli podpiszesz umowę;
- - często stosunki międzyludzkie czy ogólna atmosfera w miejscu pracy, są tak napięte, że trzeba szybko się wycofać, żeby samej sobie nie zrobić krzywdy. Możesz napotkać rózne zagrożenia od molestowania, przez mobbing, przeciążenie obowiązkami, uzależnienie od pracy, nerwice... Mozliwości jest duzo, dlatego powinnaś umieć je zauwyżyć i odpowiednio wcześnie zareagować tak, żeby ratować się przed konsekwencjami.
Po za opisanymi przykładami – byłam kilkakrotnie na rozmowach kwalifikacyjnych, po których proponowano mi pracę, ale warunki były dla mnie nie do przyjęcia – choćby praca zmianowa w jednej redakcji radiowej (która zresztą już chyba upadła, bo jakoś nie mogę tej stacji namierzyć). I nigdy nie żałowałam, że nie przyjęłam tych propozycji.
Warto wiedzieć dokładnie czego się chcę, choćby po to, żeby dostając pracę nie podpisywać na siebie cyrografu. W końcu będziesz tam spędzać 8 godzin dziennie czyli 1/3 doby. A to jest kawał czasu. Nie warto jest spędzać tyle czasu w pracy, której się nie cierpi lub między ludźmi, którzy cię nie akceptują. Jeżeli nałożone obowiązki są zbyt skomplikowane, to żyje się w ciagłym stresie, ze popełni się jakiś błąd. Ale gdy wykonujesz zbyt prostą czynność, szybko zaczynasz się nudzić i tez do pracy chodzisz z niechecią.DLatego to wszystko jest tak skomplikowane i trudne do pogodzenia, bo bardzo cieżko jest znaleźć propozycję, która wewszelkich aspektach nas zadowoli. I nawet otwarcie własnego biznesu nie daje nam gwarancji powodzenia we wszelkich zakresach.
Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze osobiście wykorzystać zdobyte doświadczenia. Bo uzbierało ich się trochę. A i wszystkim szukającym pracy paniom samych miłych doświadczeń w tym względzie życzę.