Od najmłodszych latach uwielbiam listopad. To cudowny miesiąc, kiedy jest juz na tyle blisko do Bożego Narodzenia, że można się zacząć cieszyć zbliżającymi świętami, a na tyle daleko, ze nie trzeba jeszcze wpadać w szał. Przedświąteczny szał jest przerażający.
Nie wiem, kto wymyślił generalne porządki. Zwłaszcza, że muszą być zrobione na tyle wcześnie, że przed świętami i tak trzeba sprzątać jeszcze raz. A to szorowanie wszystkiego wpędza mnie w lekka nerwicę, bo jest tak jakby przyznaniem, że na co dzień żyjemy w brudzie. A nie żyjemy. Jest powszechny ład i względny porządek i to mi całkowicie do szczęścia wystarcza.
Drugie oblicze szału to sklepy i atmosfera w nich panująca. Jak to jest, że w kraju katolickim puszczane są kolędy (czyli pieśni religijne do okresu bożonarodzeniowego) już w adwencie? Tłumy mnie nie dziwią. Ani nie zaskakują. Normalne jest, że jeśli obywatele nie najmniejszego kraju, jednego dnia chcą obdarować wszystkich bliskich prezentami, to musi panować handlowo-zakupowy chaos. I najlepszym pocieszeniem jest fakt, że wszyscy przez to przechodzą, co roku. Jak z zeznaniem podatkowym.
Skoro już w listopadzie zaczynają jarzyć się światła ozdób świątecznych na sklepach, marketach i ulicach, to to moje przedwczesne cieszenie się świętami jest co raz bardziej uzasadnione. A jeszcze i pogoda w listopadzie taka bardziej uroczysta. Nie wiem, czy zauważyliście Państwo, że ostatnimi laty w grudniu mniej śniegu spada niż miesiąc wcześniej. Listopadowe wieczory są jeszcze spokojne. Można z lubością wyciągnąć się na kanapie przed telewizorem. Powspominać ostatnie „długie weekendy” i niczym się nie martwić.
No a te dni grudniowe takie mroczne, krótkie i rozbiegane. Coraz mniej czasu do świąt, a jakoś tak wydaje się, że pracy i zadań nie ubywa. I mimo, że w sklepach pełno wszystkiego, że promocje nawołują wielkim głosem, to jakoś tak na ogół bywa, że większość zakupów zostaje na ostatnią chwilę. I tak z dnia na dzień podenerwowanie się zwiększa. Chwilami sięga do granic paniki. I po co to tak?
Co roku obiecuje sobie i zaznaczam mężowi, że tym razem nie damy się zwariować. Przecież podarki można zacząć kupować wcześniej i to dużo wcześniej. A nie wpadać z paniką w oczach dzień przed Wigilią do sklepu i w popłochu oraz tłumie kupować nieprzemyślane prezenty. A potem jeszcze godzinami stać do kasy zagryzając ze złości zęby, że to wszystko tyle trwa, a tak dużo zostało do zrobienia. No i co roczny problem, gdzie spędzamy Wigilię, do kogo jedziemy w pierwszy dzień świąt. Kogo urazi nasza nieobecność. I tak w atmosferze ogólnego stanu podenerwowania docieramy w pocie czoła do Wigilii. Dla pracujących pań pojawia się odwieczny dylemat, czy dobry pracodawca wspaniałomyślnie puści wcześniej do domu? Bo przecież tyle jeszcze pracy w kuchni zostało.
A święta to jeszcze nie wszystko. Zostaje jeszcze problem, i to dla niektórych zasadniczy, co z Sylwestrem? Panie szczęśliwie posiadające mężów czy narzeczonych nie muszą w panice szukać partnera. Za to może, jak co roku, siłą będą znów próbowały wyrwać przynależnego sobie pana na jakąś huczniejszą taneczną imprezę. Bal wystawny, impreza w klubie, szaleństwo pod gołym niebem, domówka, czy ciepłe kapcie i pilot od telewizora - wybór niby ogromny, ale jedno za drogie, drugie już nie dla nas... I tak po gorących dyskusjach w jakich warunkach będziemy żegnać stary rok pojawiają się nowe sprawy do załatwienia. Szukanie zgodnej grupy znajomych chętnych do umiarkowanych hulanek w naszym towarzystwie. Dzielenie się obowiązkami. Dylemat - co z dziećmi? A dla kobiet dodatkowy kłopot z kreacją. Z roku na rok moda zmienia się błyskawicznie i znacznie i prawdziwej modnisi nie uchodzi wręcz pokazać się w tej samej kreacji dwukrotnie (jakby nie było w ciągu jednego roku, bo przecież żadna z nas nie jest Kopciuszkiem i nie znika z imprezy sylwestrowej z wybiciem 12).
Uff. Jakie to szczęście, że grudzień jest tylko raz w roku. Na pocieszenie pozostaje nam jedenaście spokojniejszych i mniej stresogennych miesięcy.