W czasie zaborów podobno ludzie co roku życzyli sobie tego samego - kolejnych świat już w wolnej Polsce. A tu – lata mijały i co rok święta w gorszej atmosferze. A to z powodu kolejnego nieudanego powstania, a to z powodu zsyłek na Sybir, gdzie - mimo dostatku białego śniegu - święta były ponure. Po kilku latach tłustszych znów nastąpiły świąteczne rozterki. Od wiekowych ludzi słyszałam, że święta w okupowanej Warszawie były głodne, biedne i smutne. Brakowało kompletnej rodziny przy stole. Panowała atmosfera ciągłego zagrożenia. Nikt nie wiedział, czy uda mu się kolejnego dnia dotrwać, a co mówić o kolejnym Bożym Narodzeniu. Czas liczono od świąt do świąt i pocieszano się, że kolejne, to już bez okupanta, to już u siebie. A potem… A potem pamiętam święta, gdy trzeba było swoje wystać, żeby cokolwiek na stół świąteczny dostać. O piątej rano zbierały się kolejki pod mięsnym z nadzieją, że jakiś lepszy kawałek przed świętami rzucą. Pamiętam zapach i smak pomarańczy. W sklepie koło nas, każdy z kolejki mógł kupić po jednej sztuce kubańskiego cytrusa i po jednym grejpfrucie. To były dopiero stresy, gdy każda pani domu głowiła się, jak przygotować coś z niczego. Ale jak już siedliśmy przy tym świątecznym stole, połamaliśmy się opłatkiem, to stawało się tak uroczyście, odświętnie i wspaniale. Jadłam słone jak nieszczęście śledzie z beczki, popijałam kompotem jabłkowym i byłam szczęśliwa. Było ciężko, ale wszystkim mniej więcej tak samo ciężko. Było biednie, ale nikogo dobrobyt nie kuł w oczy. Było świątecznie, bo na święta wyciągało się z zakamarków zdobyte wcześniej smakołyki.
Teraz stres jest podobno dużo gorszy. W sklepach jest wszystko i jeszcze więcej, ale kupno prezentu nastręcza problemy, zwłaszcza gdy to, co chciałoby się podarować bliskim przekracza nasze finansowe możliwości. Kiedyś to było prosto. Z pewną niezrozumiałą dla większości społeczeństwa nostalgią wspominam czasu, gdy na półkach sklepowych zalegał jedynie kurz. Bo jak się tylko coś pojawiło w sklepie, to nawet nikt nie próbował towaru eksponować wdzięcznie na półkach. Szkoda było czasu. Pamiętam jak wracając ze szkoły wstępowałyśmy z koleżanką po drodze do kilku sklepów z nadzieją, że coś uda się upolować. I udawało się. Moja mama kupiła na przykład dwa kilogramy (bo po tyle akurat dawali) przeraźliwie kwaśnych mandarynek. Owoc był tak wykrzywiający twarz, że zanim zaczynałam go zjadać, to już byłam spocona. Później jakiś znajomy nam powiedział, że ta odmiana mandarynek jest bardziej ozdobna niż jadalna. No proszę, a mnie się udało je jednak zjeść. W tym samym okresie przed świętami koleżanka kupiła w sklepie rybnym dwie pary rajstop w dziwnym kolorze. I potem nosiła je podciągnięte pod pachy, bo dla jej mamy były owe rajstopki za małe, a dla niej odrobinę za duże. Ale wówczas nic się nie marnowało. Wszystko mogło się przydać. I każdy zakup był szczęśliwym wydarzeniem. I nikt nie wybrzydzał, każda zdobycz cieszyła. Teraz jakoś tak mało co cieszy. Nawet o zgrozo – same świętą. Niejeden raz słyszałam od młodszych krewnych, że święta to strata czasu. Jakby te dwa-trzy dni w roku (a jeśli doliczymy Wielkanoc to niech nawet wyjdzie w sumie sześć dni) poświęcone przez oderwanie swoich obliczy od monitorów i telewizorów faktycznie rujnowały ich całe życie. Może rzeczywiście siedzenie przy suto zastawionym stole nie jest specjalną atrakcją dla pokolenia osób wychowanych na niekończących się dietach wszelkiego rodzaju. A i towarzystwo starszych członków rodziny nie jest wymarzone dla młodego człowieka, zwłaszcza, ze większość nie ma swojego konta na facebooku , a dziadkowie to i zapewne i o NK nie słyszeli.
I tak po męczących porządkach, pracochłonnym pichceniu, stresujących zakupach spotykają się niechętnie pokolenia. Z poczucia obowiązku? Gdzie nie ma autentycznych więzi, gdzie ludzie są sobie bardziej obcy, tam święta faktycznie muszą być istną katorgą. Nawet sobie nie potrafię wyobrazić wymuszonych uśmiechów nad opłatkiem, grzecznościowych rozmów nad dwunastoma daniami. A wiem, że i tak bywa, że cała rodzina w milczeniu nie odrywa zawieszonego ponad talerzami wzroku od telewizora. A w telewizorze prawdziwe święta. Pokazywane na ekranie rodziny wyglądają tak, jak powinny, mówią to co powinny i rozpakowują wymarzone prezenty spod wypasionego, kapiącego od ozdób drzewka. Kolejny raz okazuje się, że gdy brak prawdziwych uczuć, autentycznych emocji, to i z najpiękniejszych świąt można stworzyć zwykłą szopkę. A niestety nie da się autentyzmu wspólnego przeżywania stworzyć z dnia na dzień.
Po gorączkowej bieganinie po sklepach, zakupach mniej lub bardziej udanych (ale zawsze kosztownych), po kolejnym biesiadowaniu, po podleczeniu wymęczonej hulanką gastronomiczną wątrobie, przychodzi tradycyjna refleksja: „Święta, święta i po świętach”. Tylko kiedyś więcej brzmiało w niej nostalgii, a teraz wyraźnie zaczyna być słychać ulgę. Wielką ulgę, że to już po…