Jedni z obolałą od nadmiaru trunków głową próbuja przeczekać do lepszych czasów. Inni pędzą do kościoła by wymodlić dobre dni w nowym acz już realnie trwającym roku. Jeszcze inni wyjadają resztki uczty sylwestrowej z łakomstwa, gospodarności lub zwykłego przyzwyczajenia, że skoro coś jest, to nalezy to skonsumować.
Drugi stycznia - dzień niby jak każdy inny. Ale jak dobrze się przyjrzeć... Dzień rozpoczął się od myśli krążących jak kruki. Są takie myśli, z którymi trudno się żyje, a nie tak łatwo je od siebie odpędzić. Takie zadziory gdzieś w głębi głowy, które nie dają o sobie zapmnieć, bo odzywaja się w najmniej odpowiednim momencie i zaczynają dręczyć. Zaczął się 2011 rok...
Czy będzie to kolejny rok, który jeszcze bardziej oddali mnie od samodzielnego, zwyczajnego, normalnego, przeciętnego życia?
Czy będzie to czwarty już rok izolacji? Tylko gdzie jest sąd, który może odpowiedzieć mi na pytanie, na ile lat osadzenia w czterech ścianach zostałam skazana?
Czy będzie to rok osamotnienia, w którym widok ludzi będzie wzbudzał we mnie emocje niczym w Robinsonie na wyspie bezludnej?
Czy będzie to kolejny bolesny rok liczenia tabletek, kropelek, przyklejania plastrów i niemożliwych do zrealizowania prób zapomnienia o bólu?
Trzeciego stycznia okazało się, że nowy 2011 rok niesie ze sobą straty. Jak na razie można mu zaliczyć dwa złamane zęby i jedną rękę wsadzoną w gips. Dziś nie interesuje mnie znalezienie odpowiedzi na pytanie jakim to okaże się obecny rok. Wiem, ze bez względu na to, co będzie, co przyniesie ze sobą kolejnych 12 miesięcy - będzie dobrze. Bo dobrze być musi. A nawet jesli to "dobrze" nie oznacza wcale: "zwyczajnie"czy "normalnie", no to cóż! Mogę czuć się wyróżniona.