Miałam kiedyś taką sytuację. A właściwie kolegę, który kłócił się ze mną i obrażał mnie, na każdym kroku. Przypominało to czasy podstawówki, jak kolega w ramach nieudolnych adoracji ciągnął za warkocz i wkładał żaby do piórnika. Ta sytuacja była znacznie gorsza. Codziennie byłam wyzywana od grubych, rudych, kujononów... czasem aż chciało mi się płakać, ale koleżanki wspierały mnie i kazały zastosować kontratak. I tak, gdy dochodziło do "starć" między nami, on wyzywał mnie, a ja jego.
Cała historia skończyła się dość dziwnie. Zaczęło się od tego, że po pewnym czasie straciliśmy ze sobą kontakt - on wyjechał do innego miasta, a ja zaczęłam studia i zapomniałam o sprawie. Wszystko wyjaśniło się, kiedy go ostatnio spotkałam. Okazało się, że bardzo mu się podobałam, a że nie wiedział jak mi okazać...obrażał mnie i takim sposobem zwracał na siebie moją uwagę. Kiedy się o tym dowiedziałam, poczułam się bardzo dziwnie.
Jak w wyzywaniu, szturchaniu, obrażaniu może być wyznawana miłość? Czy to normalne? Czy on nie widział, że przez to jego "uczucie" byłam smutna i nieszczęśliwa?