Byliśmy jednością, od pierwszego pocałunku( który nastapił zbyt szybko). Nierozłączni, zakochani, szaleni. Świat dookoła nie istniał. Ludzie też nie! Pojawiali sie tylko po to, by podziwiać i zazdrościć nam naszej miłości. Brak kontaktu fizycznego doprowadzał nas do szału, a gdy już dochodziło do zblizenia nie mogliśmy godzinami przestac...jednak to wszystko sprawiło, że nie było czasu na to, by sie poznać. Zresztą obraz, który stworzylismy wzajemnie o sobie, daleko odbiegał od rzeczywistego. Po roku bylismy sobie obcy. Przyzwyczajenie i wiara w miłość jednak pozostała. Łzy zaczęły zastępować śmiech. W łóżku każde zajęło nieznane dotąd terytorium- on lewą ja prawą stronę. Brakowało nam dotyku, czułosci i siebie. I przez kilka lat wracaliśmy do naszych zakochanych początków, by znowu przekonywać się, że nie wiemy kim jesteśmy. Rozstaliśmy się... cierpiałam długie miesiące. Z czasem uswiadomiłam sobie jednak, ze tęsknię za tym człowiekiem i za tymi chwilami, których nie potrafię realnie ocenic. Kochałam tak nagle i tak mocno, że przestałam myślec...
Teraz jestem w związku, który dojrzewa. Brak w nim motylków w brzuchu, nieustannego dotyku, przesadnego słodzenia sobie. Jednak mam wrażenie, że to uczucie które rośnie, gdy osiągnie zamierzone rozmiary będzie mądre i silne...
wyobrazmy sobie człowieka, który urodził by się jako 25 latek, bez jakiejkolwiek wiedzy i doswiadczeń
dlatego pozwólmy miłości dojrzewać, niech przechodzi swoje wszystkie etapy, by mogła przeżyc