Jako nieliczna (a może jednak też masz tak?), niezależnie od samopoczucia, miewam humorową gamę każdego dnia. Począwszy od melancholii, która jest czasami wręcz agonalna, skończywszy na niewinnym, płaczliwym humorze.
Budzę się nafaszerowana lenistwem, zmęczeniem i melancholią. Pomruczę pod nosem, że jestem najmarniejszą odmianą marności nad marnościami i wstanę. Myjąc twarz i próbując okiełznać (bez pozytywnego rezultatu) włosy osiągam szczyt próżnej frustracji. Przecież niektórzy są tacy piękni!
Wychodząc ze sklepu ogarnia mnie obojętność z malutką złością. Nie lubię, gdy ktoś nie odpowiada mi "do widzenia". Do obiadu nie jest źle. Piję zdrowe, świeże soki, prawie nic nie jest. Obiad, czasami zbyt kaloryczny, potęguje we mnie odrazę do samej siebie. Mam przepełniony żołądek i boli mnie głowa od wymyślania irracjonalnych diet.
Pod wieczór przeważnie spotyka mnie coś miłego, lecz krótkotrwałego. Zachwycam się tym, wręcz euforycznie. Mija szybciej, niż przyszło.
Potem jest ogromny smutek. Pojawia się z nikąd. Sam, ja go o to nie proszę. Popłaczę sobie, bo płaczliwa to ja jestem strasznie. Czuję, jak wtedy psychicznie się oczyszczam.
I tak każdego dnia.