Pewność siebie. Jak to jest z tą dziwną cechą? Trzeba urodzić się z nią zapisaną w niepowtarzalnym kodzie genetycznym czy można ją nabyć okupując ten proces ogromnym nakładem emocji?
Niemal każdy nieśmiały człowiek twierdzi, że zdecydowanie jest to kwestia DNA. Przebojowi chyba w ogóle nie zadają sobie takiego pytania – po prostu prą przed siebie nie bacząc na opinie (złośliwe ani te sprawiedliwe).
Ok, znamy już podejście obu stron do zagadnienia. Co jednak robić, żeby znaleźć się po magicznej „drugiej stronie”? Bo to właśnie tam wszyscy chcieliby być. W krainie bezstresowego czerpania z pięknych chwil i beztroskiego podejścia do recenzji naszego postępowania, tam, gdzie każdy mieści się w swoim kanonie bycia KIMŚ.
Jest tak głównie dlatego, że zdecydowana większość ludzi (nie mam tu na myśli aspołeczników, degeneratów ani tych z grupy „jestem jaki jestem i lubię siebie siedzącego z załzawionymi oczami w czterech ścianach”) postrzega innych jako godnych uwagi, gdy ci są – co tu owijać w bawełnę – po prostu ciekawymi, rzucającymi się w oczy postaciami. Ludzie skuleni w kącie i zamglonym spojrzeniem zerkający znad szklanki od razu wydają się być wampirami energetycznymi, które w pierwszym wypowiedzianym zdaniu wyleją gorzką czarę żalu, każdym słowem obciążając nasz układ nerwowy opowieściami o nieudanym życiu. Oczywiście w wielu przypadkach rzeczywistość okazuje się całkowicie odmienna i zamglone spojrzenie bywa efektem zapalenia spojówek, a właściciel ów spojrzenia wybitnie interesującą i radosną jednostką czekającą tylko na kontakt z kimś, kto potrafi zdobyć się na legendarny pierwszy krok.
Co jednak robić, gdy jesteśmy nieśmiali, a poziom naszej pewności siebie spada do poziomu „niebezpiecznie nisko”? Cóż, uważam, że każdy z nas jest płomieniem (i nie, nie jestem piromanką). Kiedy jakaś dobra dusza (może to być osoba, ale czasem bywamy w tej kwestii samowystarczalni, np. pielęgnując jakąś swoją pasję) dorzuca polano do naszego wewnętrznego ognia promieniejemy jasnym blaskiem i nasza łuna spełnia funkcję wabiącą. Jeśli natomiast na długi czas zostaniemy pozostawieni sami sobie nasz zapał drastycznie maleje i gaśniemy skwiercząc cichutko. Trzeba więc znaleźć kogoś lub coś, co będzie delikatnym podmuchem wiatru i przyniesie odrobinę pochlebczego tlenu, w wyniku czego może nastąpić samozapłon – w przypadku niskiej samooceny leżącej u podstaw braku pewności siebie – niezbędny.
Podsumowując ten nieco zawiły wywód o sile przyrody, wsparciu i pasji: pewność siebie to nie cecha charakteru. To stan ducha, w którym czujemy, że moglibyśmy przenosić góry (i przesuwać dno morskie jeśli najdzie nas na to ochota). Każdy może do tej swoistej nirwany dojść, trzeba tylko – i aż – umieć korzystać z zasobów swojej niepowtarzalności. A przede wszystkim należy nauczyć się doceniać to, że jesteśmy suwerennymi jednostkami i że w ogromnym stopniu mamy wpływ na własne życie, kształtowanie celów i marzeń, aspirowanie. Wystarczy nabrać dużo powietrza w płuca i dmuchnąć z całej siły na żar tkwiący w każdym z nas.