Zadzwonił jeszcze tego samego dnia. Po tym jak pierwszy raz w życiu przełamałam się i wyszłam z inicjatywą. Sukces. Sukces? Przecież o takim zjawisku można mówić dopiero po wykonaniu danej „operacji” do samiutkiego końca. Tyle, że w przypadku zjawisk „pierwszych” – pierwszej randki, pierwszego przełamaniu lodu własnej nieśmiałości, pierwszych rozpaczliwych prób przeprowadzenia wyimaginowanej rozmowy z Nim (oczywiście w odosobnieniu i przed lustrem) – trudno ocenić czy coś było sukcesem czy wręcz przeciwnie. Brak nam jeszcze punktu odniesienia.
Sama zapewniłam sobie sześciodniowy pakiet zestresowania. Po początkowym przypływie radości i poczuciu dumy z przełamania własnej nieśmiałości (postać zaawansowana) przyszedł apokaliptyczny odpływ wszelkich uczuć poza stresem porównywalnym do strachu przed Armagedonem… Z jednej strony jestem niemal w siódmy niebie. Każda czytelniczka chyba zdaje sobie sprawę jak to wygląda. Z drugiej strony im bliżej godziny zero, tym szybciej zbiegam podniebnymi stopniami w stronę piekła wstydliwości.
Już wyobrażam sobie moje odpowiedzi godne zanotowania w księdze rekordów Guinnesa w kategorii „najkrótsze urywane półsłówka”. Oczy mojej wyobraźni podsuwają obraz tsunami czerwieni rozlewającego się po moich policzkach. Na pewno potknę się po drodze, wyjdę na milczka-półanalfabetę i walnę jakąś głupotę w stylu: „lubię bajki”(swoją drogą, kto nie uwielbia Króla Lwa?? ;))… Nie potrafię nawet skupić się na tyle, by skonstruować w mojej – zadymionej ze stresu dymem nikotynowym – głowie konkretnego spisu awaryjnych tematów w razie zmory randkowiczów – ciszy.
Co więcej tym razem nie pomagają mi żadne wspomagacze z szerokiej gamy, którą oferuje moja lodówka. Każdy kęs staje w gardle jakby był kulką drewnianych wiórów. Drżenie rąk nie pozwala na pewne uchwycenie kubka z odprężającym napojem kawowym. Że o innych napojach rozluźniających nie wspomnę. Nie mogę wziąć się za czytanie, bo każde zdanie przywodzi mi na myśl jego twarz okoloną dwudniowym, choć schludnym zarostem.
Boję się. Boję, boję, boję! Zawsze największego pietra mamy podczas obcowania z czymś dotychczas nieznanym. Tyle, że im później się zaczyna, tym trudniej jest się wdrożyć w zasady. Dla mnie zacieśnianie więzów luźnej znajomości do pętli ścisłej przyjaźni jest czymś stuprocentowo nowym – zwłaszcza jeśli o szeroko pojęty gatunek męski chodzi. Zaczynam późno, co gorsza ze świadomością błędów jakie były popełniane i szczegółowo mi relacjowane przez osoby trzecie. Dalej nie wiem jak ich uniknąć. Chociaż nawet gdybym wiedziała, to czy potrafiłabym ominąć dobrze zakamuflowane pułapki?
„Bądź sobą. Świat uwielbia autentyczność.” – tym słowom Ingrid Bergman w żaden sposób nie da się odmówić prawdziwości. Ale w realiach XXI. wieku trzeba mieć odwagę być autentycznym. Nie poznałam się jeszcze na tyle, by wiedzieć czy stać mnie na luźne (i przede wszystkim bardzo moje) podejście do życia. I do pierwszych randek.