Siedzę, piszę, popijam dobre wino i upajam się wyborną muzyką. Pionierów poznajemy podobno po tym, że mają strzały w tyłku i w plecach. Jeśli tak by rzeczywiście było, to miałabym teraz poważne kłopoty z siedzeniem. Może nie jestem pionierem w dosłownym znaczeniu. Jestem swoim prywatnym pionierem. Własnych przeżyć. Przeszłam przez nieznaną mi dotychczas puszczę emocjonalną. Wyszłam bez większego szwanku, a blizna po wyżej wspomnianej strzale będzie dla mnie wskazówką na przyszłość.
„Nic, naprawdę nic nie pomoże, jeśli ty nie pomożesz dziś miłości”. Panie Bartosiewicz i Nosowska miały stuprocentową rację pisząc te słowa. Tylko my możemy obudzić w sobie uśpione uczucia, namiętności, przetrzeć szlaki przemyśleń. Rozbudzić uśpione cechy osobowości, które stanowią o nas samych.
I tak na moim przykładzie: poznałam faceta. Choć w tym przypadku lepsze będzie określenie „mężczyznę”. Nie stał się miłością mojego życia, ale pociągnął mnie do przestawienia swojego toku myślenia. Skoro się ze mną umówił, to nie mogę być taka brzydka i gruba jak mi się wydawało. Żeby podkreślić mój świeżo odkryty urok zrobiłam ubraniowy „exchange”. Chyba zadziałało, bo nie odrywał ode mnie spojrzenia. Nie mogę być też tak nudna jak mi się przez pół życia wydawało, bo zaproponował kolejne spotkanie. Nie jestem też taka znów bez polotu i wdzięku, bo śmiał się z moich żartobliwych komentarzy i słuchał z uwagą wygłaszanych przemyśleń.
Tak, drogie panie, usłyszałam głęboko w głowie: „girl, you’ll be a woman soon”. I wiecie co? Teraz naprawdę czuję się już bardziej kobietą niż dziewczynką. W sensie czysto psychicznym, bo fizycznie już dawno do tego dojrzałam. Nie jestem już niepewną istotką nieznającą swojej wartości. Obudziło się we mnie przekonanie do własnej osoby. Do prawdziwej kobiecości mi jeszcze daleko, ale jestem już kawałek za półmetkiem. I mogę być z siebie dumna, bo zapracowałam na to ciężkimi ćwiczeniami.