Zwyczajność. Pierwsze skojarzenie do niej to nuda i szarość. Choć z tego, co orientuję się w trendach szarość jest ostatnio barwą topową.
Bo coraz więcej ludzi chce się ukryć za szarością tak, jak ukryliby się za skałą tego samego koloru. Jakaś siła tkwi w tym zbiorowym pragnieniu schowania się. Pochłania ono coraz więcej osób.
Na każdym kroku ktoś żąda od ciebie, żebyś się wyróżniał. Trendsetterki propagują oryginalne nakrycia głowy, pracodawcy lubią stanowcze reakcje, nauczyciele ciekawe opinie, nawet rodzice chcą, by ich dziecko było wyjątkowe. Ale co jeśli ktoś swojej oryginalności upatruje w pozostaniu sobą? W byciu przeciętnym i niepoddawaniu się kanonom? Jeśli kocha siebie niezależnie od koloru, jaki miałby go symbolizować?
Bo czym nazwiemy wysypujące się gęsto na ulice coraz mniej dopracowane kopie Paris Hilton? Ja nazwałabym to zbiorowym wołaniem o akceptację. Skoro bogaczka ubiera się na złoto – różowo i ciągnie się za nią – niczym za kometą – ogon mężczyzn, to inne kobiety też by tak chciały! Nie zwracają jednak uwagi, że tak, jak ogon komety rozpływa się w nicość, tak i wszystkie fałszywe radości uciekają niewiadomo dokąd wraz ze zdjęciem z głowy diademu. Zresztą często okazje się, że był on tylko pozłacany, a nie złoty.
Dlatego narzuciłam na siebie swoją szarą bluzę uszytą z moich marzeń i przemyśleń i pragnę. Pragnę tego, że kiedyś w moim odcieniu szarości odnajdę szczęście i komuś ten odcień przypadnie do gustu i – co ważniejsze – serca. Życie bez pragnień byłoby bez sensu. I wiecie co? Tym razem, to nie ja jestem „Pragnienie”. Jestem „Sprite” i moje pragnienie ma szansę.