Przynajmniej 2-3 razy do roku postanawiam to samo - zadbać o kondycję fizyczną! To chyba najbardziej popularne kobiece postanowienie, które jednocześnie (przynajmniej w moim wypadku) jest najrzadziej dotrzymywanym.
Minął jeden dzień odkąd postanowiłam zadbać o formę a już zeszczuplałam! O całe 800 zł!
Za to mam:
- nowe buty Air Max - mające poduszki powietrzne, oddychające, prawie samo-biegające!
- dwie pary spodni dresowych - w tych co miałam do tej pory furory na "bieżni" bym nie zrobiła.
- 2 koszulki - w tym jedna z limitowanej serii: by Stella McCartney" (jak chudnąć to z klasą!)
- koronkowy komplet bielizny (by w niedługiej przyszłości podkreślał moje pięknie wyszczuplone ciało!)
Od razu czuję się lżejsza (choć na razie, to tylko mój portfel schudł). Po zakupowym maratonie miałam jednak lekkie "zakwasy" moralne. Spróbowałam więc spojrzeć na całą sytuację od drugiej strony (w myśl słów piosenki "Always look on the bright side of life). Skoro nie mam funduszy to będę zmuszona ograniczyć wydatki. Ograniczone wydatki to mniej jedzenia! Bingo!
I oto zakupy robią się podwójnie korzystne! Dla lepszego efektu postanowiłam dodatkowo biegać trzy razy w tygodniu (na jogging! nie na zakupy!).
Zrobiwszy pierwszy krok w stronę szczuplejszej sylwetki postanowiłam zająć się kwestią urody.
Nie wiem czy słyszałyście o zabiegu „Brazyliana"? Brzmi zachęcająco, zupełnie jak gorący, latynoski taniec. Może rzeczywiście etymologia tego słowa ma z tańcem coś wspólnego, gdyż 5 minut po rozpoczęciu zabiegu wiłam się jak wąż. W moim prywatnym odczuciu pierwsza depilacja woskiem jest jak przypalanie żelazkiem. Rejony poniżej kolana jakoś udało mi się znieść, zacisnęłam pięści, syknęłam raz czy drugi i obyło się bez dramatu. Gdy jednak przeszliśmy wyżej... Oh, pozazdrościłam włoszkom ich liberalnego podejścia do kwestii owłosienia. Po pierwszym pasku wosku w obrębie bikini nie byłam już taka dzielna. "Hu, hu, hu" z nerwów i bólu wydmuchiwałam powietrze jak młoda mama w szkole rodzenia. Co i ruszy wydawałam z siebie porodowe jęki a kosmetyczka-akuszerka patrzyła na mnie z przerażenie. Mimo moich wielkich chęci skończyło się na „klasycznym bikini". (Wielki szacunek dla mieszkanek Brazylii!)
Teraz z gładkimi jak jedwab nogami mogłam przystąpić do Całościowego Programu Kondycyjnego na siłowni. W związku z pierwszą wizytą i znikomym obeznaniem ze sprzętem, został przydzielony mi trener. Zaczął od rozpisania na kartce ćwiczeń na wszystkie partie ciała. Na początek 3 x po 15 powtórzeń. „Biceps, Triceps i Aramis" (próbowałam spamiętać).
Mój Coach nie opuszczał mnie na krok, nie mogłam więc ćwiczyć po łepkach. Po półtorej godziny, ledwo żywa zwlekłam się z ostatniej maszyny. „Mistrz" wręczył mi kartę z programem mówiąc:
- A teraz na zakończenie 40 minut ćwiczeń aerobowych.
„Chyba mu cała krew z mózgu do mięśni odpłynęła albo sterydy zaburzyły procesy myślowe!" Ryknęłam w myślach. Ale na siłowni nie mózgiem ludzie się kierują więc poszłam posłusznie na rowerek. Wracałam na nogach z waty, kląc na psychopatę co te wszystkie urządzenia skonstruował.
Następnego dnia wstałam bardzo ostrożnie, badając fragment po fragmencie wszystkie członki. Tylko mięsień przedramienia zdawał mi się być lekko naderwany ale większe zakwasy miewałam po upojnej nocy niż po tym masakrycznym treningu. „Wygląda na to, że jestem urodzoną Miss Fitenss!". Ucieszyłam się w duchu.
- Największe zakwasy, moja kochana, to Ci się pojawią dopiero na drugi dzień - uświadomiła mnie koleżanka z pracy.
Cierpienia jakie przyszło mi przeżywać kolejnej doby dowiodły, że z Miss Fitness nie wiele mam wspólnego. Co najwyżej z Miss Fit-less...
http://odmiennosc-mysli.bloog.pl/