Scena I
Przy stole w kuchni stoi Matka i rozkłada talerze do obiadu. Nagle w przedpokoju słychać trzask zamykanych drzwi i wrzask Młodszego Syna Matki.
- Mamo, zgłosiłem się do szkolnego konkursu talentów!
- No cieszę się. Powiedz coś więcej.
Matka ze stoickim spokojem tym razem skrupulatnie liczy noże i widelce. Młodszy Syn Matki staje przed nią i patrząc prosto jej prosto w oczy strzela.
- Więc zgłosiłem się do konkursu. Będę naśladował głosy zwierząt.
- A, to super... Czekaj, co będziesz robił ?!!!
- Będę naśladował głosy zwierząt - powtórzył MSM ze stoickim spokojem.
- Głosy zwierząt?
- Yhyyy...
- Synu, jakie zwierzęta chcesz naśladować - zapytała Matka pro forma patrząc kątem oka na kota.
- Miauuu, Hau, Kukuryku
Młodszy Syn Matki wczuwa się w rolę, a w wyobraźni Matki pojawia się tłum dzieci na widowni gwiżdżących i śmiejących się z zaangażowanego w te swoje głupoty syna.
- Dziecko - rzecze Matka - a może poproś babcię, to ci napisze wiersz.
- Nie!
- Albo piosenkę.
- Niee!!!
- Synku, proszę, przemyśl to. Moim zdaniem miauczenie na scenie nie jest najlepszym pomysłem na autopromocję.
Do kuchni wchodzi Ojciec i wtrąca się w rozmowę
- Synku, zastanów się jeszcze, to może być najgorsze pięć minut w twoim życiu.
MSM tupie nogą i ryczy
- Nie!!!! Jestem panem swojego losu!!!!
Syn wychodzi z kuchni. Kurtyna.
Scena II
Przy stole w kuchni siedzi Rodzina i kończy jeść zupę. Młodszy Syn Matki przerywa ciszę.
-Dzisiaj był konkurs szkolnych talentów!
Cztery łyżki zatrzymały się nieruchomo nad talerzem zupy.
- I fajnie ci wyszło miaucz...
Senior nie dokończył, gdyż dostał ode Matki w kostkę na znak „zatkaj dziub"
- Tak - naśladowałem 5 zwierząt oraz sparodiowałem kabaret „Ani Mru Mru"
Chlup, chlup, chlup, chlup - cztery łyżki wpadły z powrotem do talerza, a w kuchni rozległ się niemy krzyk. Milczenie przerywa Ojciec.
- Co?
- No skecz ich znaczy.
Matka wydała bezradny jęk
- Yyyy
- No cóż - gratulacje za odwagę cywilną synu...
- Wiecie co? Jesteście okropni.
Scena III
Łuuup - strzeliły drzwi Łuuup! - strzelił o drzwi w przedpokoju plecak Młodszego Syna Matki Do pokoju wbiega BOHATER i wrzeszczy.
- NO-I-CO?!!! - Zająłem druuuugie mieeejsce!!!
Junior wychodzi z kuchni. Kurtyna.
Prawda boli...
Jeśli ktoś widzi podobieństwo bohaterów powyższych scen z autorką bloga, to... się nie myli. Niestety w tym wypadku dałam plamę. Bo kto, jak kto, ale ja akurat powinnam pozwolić rozwinąć skrzydła synowi bez snucia żadnych czarnych wizji. Wyszło inaczej, jak w amerykańskim filmie. Matka nie doceniła, Ojciec uprawiał czarnowidztwo, Babcia na ratunek napisała wiersz - jednym słowem nikt nie dał wiary, nikt nie docenił, a dziecko okazało się geniuszem.
Klasowa hierarchia ważności
To prawda z brodą, że wystarczy jedno zdarzenie, aby przekwalifikować rolę, jaką dziecko spełnia w grupie rówieśników na tę najbardziej paskudną - rolę błazna klasowego. To może być wręcz chwila, pięć minut dosłownie, rzut okiem i już śmieszność ciągnie się za twoim dzieckiem jak kilo kitu, czasami przez lata deformując jego poczucie wartości. Dlatego tak bardzo chcemy uchronić naszą pociechę. Ale czy warto wpadać w histerię i uczyć dziecko, że wychylając się poza ramy narazi się na kpinę?
Pułapka stereotypu
Opisane wyżej zdarzenie, które miało miejsce jakiś czas temu, świadczy o tym, jak wielkimi jesteśmy niewolnikami stereotypów. Pomijając moją pedagogiczną wpadkę, jestem przekonana, że większość matek zareagowałaby podobnie. Talent na miarę szkoły kojarzy nam się z genialną interpretacją wierszy , piosenek, czy utworów muzycznych. Naśladowanie kota, to dla nas bardziej zabawa, niż jakieś specjalne predyspozycje. Junior okazał się dzieckiem zdolnym i został przez nauczycieli doceniony. Ale gdyby nie miał tego „talentu". Co działo by się potem?
Najważniejsze jest to „potem"
Czy nam się to podoba, czy nie, tak naprawdę nie uchronimy dzieci przed śmiesznością. Dlatego najlepiej jest w procesie wychowania przyjąć postawę zachowawczą. Polega ona nie tylko na permanentnym ocenianiu i ostrzeganiu dziecka przed ryzykiem ośmieszenia się w oczach rówieśników. Jeśli ograniczysz się do takiej jedynie profilaktyki, to jeśli twoje dziecko posiada oryginalne zainteresowania i umiejętności wszczepisz mu bakcyl poczucia niższości i kompleksy, że jest inne. Nie mówiąc już o hamowaniu samorozwoju dziecka.
Dlatego nie należy się skupiać wyłącznie na znaku „stop". Bo kiedy, mimo ostrzeżeń, dziecko zaliczy wpadkę, skupi się ono na traumie, a rówieśnicy będą tylko dolewać oliwy do ognia.
Chodzi o to, żeby nauczyć dziecko dystansu do samego siebie i poczucia humoru. Nie mówię, żeby śmiało się z siebie w tym „tragicznym momencie", bo to byłby śmiech przez łzy, ale żeby potraktowało to zdarzenie jako wpadkę, a nie koniec świata. Taki dystans, po pierwsze zapobiegnie „autodestrukcji", a po drugie, najważniejsze, jest zaraźliwy. I mimo, że rówieśnicy będą się śmiać z twojej pociechy, bo nie da się ukryć, może być z czego, to za chwilę przestaną i sklasyfikują to zdarzenie jako dobry gag, który nie zaważy na ich relacji z twoim dzieckiem.
Tekst wyróżniony przez redakcję