- Mamo, gdzie położyłaś moje domowe ciuchy? - syn Junior zagląda do kuchni.
- Piorą się. - odpowiada Klaudia mieszając drewnianą łyżką zupę z miną arcymędrca (obrazek a la reklama zupy pomidorowej z pudełka)
- Mamo, sciemniasz. Mówiłaś tak wczoraj. Więc GDZIE-ONE-SĄ!
- Nie wiem. Może odłożyłam do prasowania. Przygotowałam ci nowy zestaw.
Klaudia udaje głupiego. Ciuchy schowała perfidnie w dolnej szafce, na samo dno. Noż ile można patrzeć na swoje dziecko osobiste chodzące w przetartym, wypłowiałym polarze z kapturem i dresowych spodniach przed kostkę.
- Teeeen? - Junior jęknął z dezaprobatą.
- Teeeen. Przebierz się i nie marudź. Nie ma czasu, musicie się spieszyć, bo o piątej idziemy na urodziny do Maćka.
- No dobra, przeżyję....
Łaskawca jeden, no. Przeżyje. Myślałby kto, że skazuję go na męki piekielne każąc chodzić w niewyrośniętych ubraniach.
Ale szybko, szybko. Czas już wychodzić. Piechotką na koniec ulicy, do znajomych, znaczy do ich dzieci.
W domu zgiełk i śmiech. Pełen pokój dzieci, w salonie grupa rodziców.
Tylko zimno. Piec szwankuje. Junior kicha i ma zimny nos.
- Idź synku do domu i się cieplej ubierz.
- Ok mama.
Przez najbliższe pół godziny podano Klaudii
- kawę z ekspresu
- małą przekąskę
oraz WIELKI OBCIACH w wypłowiałym polarze i wyciągniętych w kolanach dresach przed kostkę.
Amen.