Torba (a raczej wielki indyjski wór) jest bordowo-pasiatym wakacyjnym trofeum
z dumą noszonym przez właścicielkę. Trofeum to zostało nabyte w przypływie
wszechogarniającego i niepodważalnego uczucia zwanego
„Muszę T O mieć!” ,
choć właścicielka niezmiennie utrzymuje, że w tym czasie trwała posezonowa wyprzedaż.
Niewykluczone.
Wszak w tym samym czasie, w tej samej okolicy widziano jeszcze inne pasjonatki z dumą prezentujące identyczne modele torby.
Ale niezależnie od ilości tego typu okazów występujących na polskich ulicach,
na twarzy właścicielki wciąż maluje się błogi uśmiech.
Mała wielka torba, a jak cieszy...
Przyznaję, że na tym punkcie mam czasem bzika. Nie buty, nie sukienki, ale torby.
Najlepiej wielkie, wypasione, w których mogłabym pomieścić moje niezbędne kobiece minimum:
książki, błyszczyki, drugie śniadanie, nierzadko obiad w formie kanapek, butelkę wody, leki, zeszyt ze słówkami, telefon, ładowarkę...
uff...!
Na szczęście indyjski wór jest pojemny.
Podobno na podstawie wyboru torebki, można powiedzieć wiele o właścicielce.
Niewykluczone, w końcu inną torebkę wybierze elegantka, inną sportsmenka a jeszcze inną
miłośniczka hip – hopu.
Ale trochę martwią mnie takie psychologiczne diagnozy. Skoro bowiem wybrałam
WIELKI INDYJSKI WÓR,
to chyba mój psychologiczny profil nie jest najlepszy...?
Może niepotrzebnie zaprzątam sobie torbę/głowę/życie zbędnymi rzeczami?
Z drugiej jednak strony nie będę się tym przejmować, wolę przyjąć, że torba jest po prostu
użyteczna i mi się podoba.
Niezależnie od psychologicznych przesłanek.
A tak na poważnie, to chyba każda z nas ma coś, czemu czasem nie potrafi się oprzeć.
Kolczyki? (notabene dokupiłam komplet „pod torbę”)
Buty?
Apaszki?
Książki?
Coś wyjątkowego, co być może uszczupli nasz portfel, ale za to wprawi w świetny humor.
Czasem kopertówka z logo Chanel.
A czasem wielki indyjski bordowo-pasiasty wór.
Na wszystko :)