Pewna współczesna artystka z Francji, posługująca się pseudonimem Orlan, od połowy lat 70. poddaje się co najmniej kilku operacjom plastycznym rocznie. Niektóre z nich jeszcze dzisiaj można czasem obejrzeć w rozmaitych muzeach i galeriach, bo – jak na współczesną artystkę przystało – Orlan traktuje swoje ciało niczym surowiec, z którego mają powstawać kolejne jej dzieła. Czy raczej: jedno główne dzieło, jej życiowe opus magnum – ona sama.
We wczesnej fazie artystycznej działalności Orlan z pomocą wykwalifikowanej kadry lekarskiej czyniła ze swojej twarzy osobliwy konglomerat elementów zaczerpniętych z dzieł klasyków malarstwa. Zapragnęła – między innymi – upodobnić swój podbródek do podbródka Wenus z obrazu Botticellego, a czoło do czoła Mony Lizy Leonarda da Vinci. Skutek tych operacji – jak nietrudno się domyślić – zasadniczo jednak odbiegał od kształtów utrwalonych na słynnych płótnach mistrzów pędzla. Z biegiem lat, poddając się coraz to dziwaczniejszym eksperymentom (włącznie z próbą przemieszczenia nosa na środek czoła – co miało być nawiązaniem do staroindiańskich posągów), Orlan – która niedawno wszczepiła sobie w skronie dwa pokaźne rogi – przemieniła się w monstrum. Pozbawione jakichkolwiek indywidualnych cech, a przy tym – co bije niemal z każdego zdjęcia, z każdego jej artystycznego manifestu – rozkochane w swojej cielesności jakąś wyjątkowo perwersyjną, sadomasochistyczną odmianą miłości własnej.
Jej rysy – jak pokazują nieliczne zdjęcia z wczesnej młodości, niegdyś dość przyjazne i sympatyczne – uległy transformacji w nieruchomą, nieludzką maskę.
Więcej przeczytasz TUTAJ: