Podobno teraz panuje moda na operacje plastyczne. Ludzie zmieniają swoje ciała, bo albo nie pasuje im fałdka tłuszczu na brzuchu, albo niewidoczny garbik na nosie, albo niekształtne kolana… Ja też miałam operację plastyczną. Chociaż chyba nie do końca plastyczną, bo w celach zdrowotnych, ale jej efekt jest taki, że poprawiłam swoje ciało, a konkretnie…twarz. 9 grudnia 2004 roku Lekarze i Bóg dali mi nową twarz. Kurczę!, czy wiecie, co to znaczy mieć nową twarz??? Co znaczy obudzić się po narkozie i bać się spojrzeć w lustro w obawie, że nie pozna się siebie? Czy kiedykolwiek mieliście tak opuchnięte usta i na stałe zaciśnięte zęby, że cokolwiek próbowaliście wlać sobie do gardła, wszystko się wylewało? Ja to wszystko przeżyłam i w dodatku nie żałuję ani jednej chwili, w której cierpiałam. Chociaż, chyba w gruncie rzeczy to ja w ogóle nie cierpiałam, skoro za miarę cierpienia wielu ludzi uznaje ból, a ja go w ogóle nie odczuwałam.
Może jednak warto byłoby, żebyście od początku poznali moją historię. Żebyście choć trochę dowiedzieli się o życiu „progenika” – to określenie wymyślił ktoś, kto wypowiadał się na temat progenii na forum internetowym; progenia to wada szczęki, którą miałam, dopóki nie położyłam się na wąskim łóżku na sali operacyjnej i sztab lekarzy i instrumentariuszy nie wziął mnie w swoje ręce.
Większość z was pewnie nawet nigdy nie myślała, że można mieć problemy ze zgryzem, kośćmi szczęki i aparatami ortodontycznymi. To normalne, bo większość ludzkiej populacji ma prawidłowo ukształtowane kości twarzy i bardzo dobrze. Chwała Bogu, czy Losowi, jak kto woli, za to, że nie obdarzył progenią i innego tego typu paskudztwami większej liczby ludzi, bo wtedy lekarze już na pewno nie nadążyliby nas wszystkich operować. Ale chwała Mu też za to, że mnie podarował tę przypadłość, bo dzięki temu, że musiałam powalczyć o taką twarz, jaką inni mają bez wysiłku, wiele rzeczy zobaczyłam w innym świetle i chyba nawet stałam się trochę innym człowiekiem. Może lepszym…