Pamiętam swoje zdjęcia, na których jestem niemowlakiem i na których, jako jednych z bardzo nielicznych, nie widać mojej wady. Byłam całkiem sympatycznym, trochę tłuściutkim malcem, który miał wspaniale okrągłą buźkę. Jeszcze dziś lubię oglądać te zdjęcia. Zresztą teraz lubię oglądać wszystkie swoje fotografie – te sprzed operacji też. Ale tak jest dopiero teraz, kiedy mam normalną twarz i patrzę na stare zdjęcia jak na dokument, na którym zapisano przeszłość. Wcześniej, kiedy fotografie pokazywały mi to, co na co dzień oglądałam w lustrze, nie cierpiałam na nie patrzeć. W ogóle nie lubiłam robić sobie zdjęć, a jeśli już, to każdą pozę musiałam dokładnie wyreżyserować, a efekt był taki, że i tak nie byłam z niego zadowolona. Cały czas widziałam na fotografiach tylko jeden element: moją twarz! Twarz, w której dominowała wysunięta do przodu żuchwa i taki jakby wieczny grymas niezadowolenia. O ile, odkąd byłam na tyle duża, żeby zrozumieć, że mam wadę, przyjmowałam to do wiadomości, o tyle grymas często mnie zastanawiał, bo nikt mi nie powiedział, dlaczego go mam. Nie miało znaczenia, czy pozowałam bokiem, czy przodem, uśmiechnięta, czy maksymalnie skupiona, grymas był i już, a mnie robiło się smutno, kiedy na niego patrzyłam. Ale na razie dość o grymasie, bo teraz go nie ma i to jest najważniejsze!