Szczególnie wyraźnie pamiętam taką fotkę, na której w ciapetkach z dziurką na dużym palcu stoję na tle choinki i uśmiecham się. Miałam wtedy dokładnie 6 lat i to były ostatnie lata, kiedy mieliśmy na święta żywą choinkę. Wtedy nikomu nie przeszkadzało, że drzewko zajmowało pół pokoju – jednego z dwóch, w których mieszkaliśmy z babcią w sześć osób; że przy każdej próbie wyjścia na balkon – a wychodziło się często, bo to na balkonie większość świątecznych smakołyków była poddawana „krioterapii” – świerk lądował na ziemi i połowa zdobiących go bombek kończyła swój żywot i że igły, które z niego leciały już w wigilię roznosiły się po całym domu. Czy to miało znaczenie? Nie dla nas i nie wtedy. Dobrze, że mam to stare zdjęcie, na którym tak wyraźnie widać moją dużą żuchwę, bo kiedy na nie patrzę, zdarza mi się jeszcze czuć zapach choinki i smak cukierków, które tata, nie wiadomo skąd, przynosił na kilka tygodni przed świętami, w dużym szaroburym pudełku. Cukierki były białe w środku, w czekoladowej polewie i smakowały jak żadne inne potem. Mama chowała je na balkonie albo na segmencie i tylko czasami udało mi się ją ubłagać, żeby dała mi jednego, zanim zacznie się magiczny czas Bożego Narodzenia. Zdjęcie z wadą, w ciapetkach z dziurką, pochodzi właśnie z jednego z takich okresów smakujących białymi cukierkami i pachnących prawdziwą choinką. To było dawno.