Właściwie to trudno mi zacząć tę opowieść o życiu i walce z progenią. Czasami tak sobie myślę, że wada była moją najwierniejszą towarzyszką życia, dopóki Ludzie, którzy dali mi nową twarz, tak zdecydowanie się z nią nie rozprawili. Wiem, wiem: personifikuję martwy twór i to w dodatku tak abstrakcyjny. Pewnie myślicie, że to celowy zabieg literacki, ale, kurczę, nie. Ja ją po prostu tak postrzegałam, tak odbierałam, tak odczuwałam. Była ze mną i już. A teraz jej nie ma – i też już! Tak: żeby to „już” było takie proste. Nie było, niestety, ale to nic nie szkodzi. Najważniejsze, że jest już po. A teraz zaczynam od początku, czyli od okresu dziecięctwa.
W zasadzie nie wiem, kiedy po raz pierwszy zauważono, że z moją twarzą jest coś nie tak. Może niewystarczająco uważnie mi się przypatrywano albo nie zdawano sobie sprawy, że to coś, co mi jest, to taka poważna sprawa. Użyłam takiej bezosobowej formy czasownika, ponieważ sama do końca nie wiem, kto powinien zwrócić uwagę na niedociągnięcia, jakich w procesie tworzenia mojej twarzy dopuściła się natura. Rodzice? Stomatolog, którego dość regularnie odwiedzałam? Ciotki? To w tej chwili chyba nie ma większego znaczenia. Wydaje mi się jednak, że to moja siostra pierwsza dostrzegła, iż z moją szczęką jest coś nie tak. Oglądaliśmy zdjęcia ze ślubu mojego brata. Na jednym z nich uchwycono mnie stojącą bokiem w kolejce do złożenia życzeń parze młodej. W rączce trzymałam kwiaty i byłam śmiertelnie poważna. Tuż za mną widać było rodziców. Miałam wtedy 7 lat, a mój, zmieniający stan cywilny brat - 21. Tak: między mną a moim rodzeństwem jest tak duża różnica wieku. Więc, o ile dobrze pamiętam, to w sierpniu 1987 roku Wiola (tak mam na imię moja siostra) powiedziała do mojej mamy coś w rodzaju: czy nie wydaje Ci się, że dolna szczęka Marty jest nienaturalnie wysunięta do przodu? Nie kojarzę, co mama odpowiedziała, ale fakt faktem, że niedługo potem znalazłam się na fotelu szkolnego stomatologa - taki zwyczajny, rutynowy przegląd – który dał mi skierowanie do ortodonty. Wtedy, i jeszcze długo potem, nikt nie wpadł na pomysł, że mój problem to nie tylko wada zgryzu, ale przede wszystkim nieprawidłowo rozwinięte kości szczęki. Tego nie da się wyleczyć aparatem ortodontycznym, ale skąd mogłam to wiedzieć? Skąd mogli to wiedzieć moi rodzice, skoro lekarzom nie wpadło to do głowy…? Nie mogę zarzucić mamie, ani tacie, że się mną wtedy nie zajęli. Wręcz przeciwnie: bardzo szybko znalazłam się w poradni ortodontycznej. I tak rozpoczęła się moja, trwająca do dziś walka z niedoskonałościami szczęki i żuchwy.